∆ Bruno Grigori

Opowiadania

Czarno-białe sny

« Ale czad «

» Zaćmienie gwiazd »

W piwnicy było ciemno i wilgotno. Wokoło stały drewniane skrzynki, niegdyś wypełnione butelkami. Nie było ich widać — jedynie zapach mokrego, butwiejącego drewna zdradzał ich obecność. Butelki zdradzał hałas, jaki powodowały przy najlżejszym ruchu nogi. Jacek pamiętał, że były to skrzynki z butelkami domowego wina a nie co innego. Od czego innego głowa by go tak nie bolała. Z wolna, postękując, podniósł się z zimnego klepiska. Głowę osłaniał rękami, by w coś nie uderzyć, ale nie śmiał dotknąć jej dłońmi. Też mogłoby zaboleć. Udało mu się wymacać kontakt na ścianie. Nacisnął go z ulgą, ale wcale nie zrobiło się jaśniej. Wilgoć przegryzła kable? Nacisnął jeszcze raz i jeszcze raz. Uderzył weń bezsilnie pięścią — rozległ się trzask pękającego plastiku i znowu zrobiło się nieznośnie cicho. Skądś, jakby zza pleców doszedł go plusk wody, ledwie słyszalny. Niedokręcony kran. Boleśnie przypominający o parzącym z wysuszenia gardle i zdrewniałym języku. Jacek odwrócił się. Chwila poszukiwań po omacku i jego palce spoczęły na chłodnym, zaparowanym kurku. Zgrzytnął przegryziony rdzą metal — i nic się nie stało. Prawie nic, bo skapnęła jeszcze jedna kropla wody. Jakby ostatnia. To mało.

Gdzieś o parę kroków przed nim powinny się znajdować prowadzące do klapy schody. Przynajmniej zawsze tak było. Zrobił kilka kroków przy akompaniamencie roztrącanych butelek. Jak długo był tutaj? Tydzień na ogórkach, suszonej kiełbasie i mocnym, czerwonym winie. Może dłużej? Trafił rozpędzonym goleniem w coś twardego. Syknął z bólu i dorzucił przekleństwo, ale znalazł pierwszy stopień. Ponad nim kolejny i kolejny, razem dwadzieścia osiem. Tak jak zawsze. Dwadzieścia osiem stromych, drewnianych, lekko skrzypiących pod naciskiem schodków. Pewność, że jest ich tyle co zwykle uśmierzyła nieco jego niepokój, czy aby żona nie będzie mieć trochę mniej uczucia. Agata była piękną, wspaniałą kobietą z tych, co to mogły mieć każdego, a swym pojawieniem się wszystkim ocieplały spojrzenie. Ale została z nim. Nie puszczając ręką ostatniego stopnia, drugą sięgnął ku górze, do klapy. Pchnął mocno, lecz za słabo. Ktoś postawił na niej skrzynię? Durny dowcip. Pchnął ponownie i ponownie nieskutecznie. Jeszcze jedno przekleństwo znalazło swój moment. Podszedł nieco wyżej i skulił się pod sufitem cisnąc całymi plecami o deski. Rozprostował się, angażując w ten ruch maksimum siły. Opór ustąpił i właz ruszył ku górze z rumorem osuwających się z niego kamieni. Przez powstające szpary błysnęły promienie słońca i oświetliły zapuchniętą, wybladłą i zdumioną twarz Jacka. W świetle zawirowały tumany osypującego się pyłu. Wparł się w klapę jeszcze mocniej, niepewność rodząca przestrach dodawała sił. Posypały się na niego drobne i większe kamyki. Wyjście z piwnicy stanęło otworem. Prawie, bo właz legł na nie dającej się usunąć kupce gruzu. Jacek dźwignął się na nogi i wyszedł na powierzchnię. Spodziewał się wyjść na podłogę, lecz znalazł się właśnie na powierzchni.

Wciśnięte w oczy dłonie zmniejszyły ból od rażącego słońca. Odjęte na powrót pozwoliły mu się rozejrzeć. Tak daleko jak tylko chciał. Po horyzont. Nic nie przesłoniło mu widoku na bezkresną równinę. Równinę pokrytą szarym pyłem, niewielkimi pagórkami gruzowisk, przepalonymi kikutami drzew. Przecież tam wszędzie roztaczało się miasto. Jedna z największych metropolii na planecie. Plątanina ulic rozdzielających niemal wspierające się o siebie wieżowce, a wokoło jaśniejący białymi ścianami budynków dywan przedmieść. I jego dom. A w nim jego żona. Miała na imię Agata. Nogi przestały go wspierać. Zniknęły. Opadł bezwładnie na przewrócony kawałek muru. I tak już został do zachodu słońca. Wpatrzony przed siebie.

 

Wieczorne niebo użyczyło swej purpury również Jackowi. Wyczekał, aż ostatni rąbek słońca skryje się za horyzontem i podniósł się na nogi. Przetarł twarz brudną ręką. Pragnienie stało się trudne do wytrzymania. Jego sąsiad, który pobudował się ledwie pół roku temu, otworzył niewielki sklep spożywczy. Magazyn urządził w przystającym do piwnicy garażu. Jacek wiedział o tym. Nie raz późnym wieczorem szedł do niego po prośbie, gdy wszystko w okolicy było zamknięte, a w kredensie zabrakło herbaty. Wiedział też, że ten sąsiad mieszkał od północy. Jacek często zasiadał z żoną na tarasie skąd, popijając piwo, spoglądali na niewzruszoną Gwiazdę Polarną, zawieszoną tuż ponad jego dachem. Agata lubiła piwo.

Ruiny domu sąsiada pokrywała potłuczona czerwona dachówka. Co tu się wszędzie wydarzyło? Jaka wojna, jaka broń mogła dokonać takiego spustoszenia? Dlaczego on przeżył? Koniec końców upijał się w piwnicy nie w schronie. Odnalazł schody prowadzące pod dom sąsiada. Broniące wstępu do wnętrza drzwi wypadły z zawiasów, gdy je pchnął. Tutaj też wszystko pokrywał gruz. Pochodził z częściowo zawalonego sufitu. Strzaskane półki, zmiażdżone i potłuczone towary, wszystko przemieszane ze sobą. Dało się jednak znaleźć tu jeszcze sporo jedzenia. I coś do picia. W spieszących się rękach Jacka syknęła odkręcana butelka wody mineralnej. Łyk za łykiem cała jej zawartość spłynęła mu do gardła. Zakrztusił się. Resztką wody polał twarz. To też przyniosło ulgę. Odrzucił butelkę i rozejrzał się za czymś, co pozwoliłoby mu zabrać trochę jedzenia i wody na drogę. Dokądś. Znalazł plecak — nie mógł znaleźć lepiej. Właściwie tornister, kolorowy, szkolny. Sąsiad miał dwójkę dzieci. Napakował do środka kilka paczek herbatników, parę czekolad, kilka kartoników soku owocowego i kilkanaście paczek papierosów. Zapałki. Ani jednej butelki wódki. Wyszedł na powierzchnię. Cały czas rozglądał się za ludzkimi zwłokami. Strachliwie. Bał się, że jakieś znajdzie. Lecz nic, nawet strzęp skrwawionego ubrania czy bielejąca w zapadającym mroku kość nie wpadły mu w oko. To dobrze. Tak samo nie szukał ciała swojej żony. Też bał się je znaleźć. Ona i tak nie żyje. I zapewne została pogrzebana pod dywanem ruin. Jak dawno temu? Tydzień? Może dłużej.

Wyszedł na ulicę. Asfalt spękany jak błotniste koryto rzeki podczas suszy. Ruszył przed siebie. Towarzyszyły mu stojące po bokach wraki samochodów. Przepalone na wylot. Opalone z lakieru i nadtopione kawały metalu lśniły w blasku wschodzącego księżyca. W jednym z nich, stojącym w poprzek drogi, trzymał się kierownicy kościotrup kierowcy. Więc jednak tu, pod gruzami są ludzie. Miliony ludzi. Może nawet kilkanaście milionów. Zaskoczonych podczas pracy, zabawy, snu, kochania się. Jacek odwrócił się plecami do wraku i sięgnąwszy po papierosa połknął nim ogienek z zapałki. Przed nim rozwarła się ciemna gardziel prowadzącego do podziemi zejścia. Podszedł do prowadzących w dół betonowych stopni i przykucnął. Owionęła go fala chłodnego powietrza wydobywającego się ze środka. Przyjemnie chłodnego. Dopalił papierosa, dławiąc się drapiącym go w krtań dymem. Pstryknął niedopałek w powietrze i począł schodzić.

Tam były trupy. Mnóstwo spalonych, wysuszonych, nie wydzielających żadnej woni ciał. Tu starali się skryć ci, których coś zastało na ulicach. Może był to wykluwający się na horyzoncie grzyb atomowy. Może coś innego. Podziemny kompleks sklepów też nie miał szczęścia przetrwać. Stopione szkło witryn pokrywało posadzkę zastygłym śluzem. Wnętrza wypalone do gołych ścian. I tylko zmasakrowane, niedopalone kościotrupy. Wszędzie dookoła. Starał się na nie nie patrzeć, lecz one same przyciągały wzrok. Patrz na nas. Ty żyjesz. My zginęliśmy. Wszyscy. Coś go ukłuło w okolicy żołądka. Targnął nim niezawiniony wstyd, który wskazał mu w ścianie korytarza wygięte stalowe drzwi, nadające się do ucieczki. Otwarte. Pociągnął je ku sobie. Zgrzytnęły i stanęły otworem odsłaniając wejście do przestronnej hali. Podziemny parking. Kilkupiętrowy. Może gdzieś tam w dole pozostał ktoś. Żywy. Poprawił sobie plecak i począł schodzić po pochylni. Wszędzie samochody. W dobrym stanie. Upchane jeden koło drugiego. Tragedia musiała wydarzyć się za dnia. Gdy wszyscy byli w mieście. Mężowie w pracy, żony na zakupach, dzieci w szkole.

Zatrzymał się przed arogancko lśniącym ferrari. Jakby wczoraj wyjechało z fabryki. Czerwone. Dumne. Tak samo nie pasujące do pozostałych smutnych samochodów, jak on nie pasował do świata umarłych. Obszedł je wokoło zaglądając do środka jak uczniak wracający po lekcjach. Jego stopa trąciła coś miękkiego. Spojrzał pod nogi. Wstrząsnął nim spazm dreszczy. Młoda dziewczyna odziana w sukienkę pod kolor swojego wozu. Nie spalona, nie zmasakrowana, a jednak nieżywa. Co ją zabiło? Promieniowanie? Czy on też niedługo umrze? W wyciągniętej ręce kluczyki. Nie zdołała dosięgnąć za życia do drzwiczek. Dokąd chciała uciekać? Przed czym zdawało jej się, że może uciec? Schylił się i wziął podane mu na rozwartej dłoni klucze. I zamknął jej szeroko otworzone oczy. Zastygłe bynajmniej nie w przerażeniu. Raczej to było zdumienie. Dziwne zdumienie. Otwierany zamek wydał cichy trzask. Wsiadł do środka. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się zasiąść na wyściełanych beżową skórką fotelach sportowego samochodu. Mimo woli, wbrew smutkowi, który starał się w sobie zachować, krew zaczęła mu żywiej krążyć. Znacznie żywiej. Odnalazł kluczykiem stacyjkę i zapalił. Maszynę ożywiły delikatne wibracje. Jej dwunastocylindrowe blisko pięćset koni mechanicznych zbudziło się do życia. Basowy pomruk. Jedyny możliwy. Dodał gazu. Konie zarżały wbiegając na wyższe obroty.

 

Gruz miasta uciekał w tył. Tutaj betonowe płyty autostrady były rzadziej spękane od minionego gorąca. Dało się po nich jechać. Szybko. Wskazówka szybkościomierza wspięła się do dwustu kilometrów i ciągle pięła się dalej. Jeszcze dużo wolnego miejsca pod butem. Na pustym fotelu pasażera podrygiwał w takt przejeżdżanych płyt ręczny karabin maszynowy. Znalazł go jeszcze na parkingu. Przy wylocie. Mężczyzna, który go trzymał starał się przed czymś obronić. Ale bez większego zdecydowania. Magazynek był pełny. Lecz broń trzymał do samego końca. Kurczowo. Jacek musiał mu wyłamać zastygłe palce. Nie wiedział, po co zabrał tę broń. Po prostu chciał ją mieć przy sobie. Nigdy wcześniej takiej nie miał. Pomyślał, że będzie się czuł bezpieczniej w podróży. W podróży do drugiego miasta. Kilkaset kilometrów dalej. Przed nim szeroka, pusta autostrada. Żadnych obcych wozów. Wszystko zdmuchnięte gdzieś daleko. Samochody były w mieście, musiały być i tutaj. A może nie było? Wokoło pustynia, zszarzały piasek, kikuty drzew. Jakby Ziemia zataczając się po swojej orbicie wsparła się o Słońce.

Przebył blisko trzysta kilometrów. Podniecenie ustąpiło miejsca zmęczeniu. I pamięci. Lubił się kochać wieczorami ze swoją żoną. W ogóle ją kochał. Nawet jej to chyba kiedyś powiedział. Zwolnił i zatrzymał samochód na poboczu. Z przyzwyczajenia. Mógł się rozłożyć na środku autostrady z namiotem. Położył oparcie fotela, na klatce przytrzymał sobie karabin. Dobry karabin, niezawodny. Skonstruowali go Rosjanie. I poszedł spać w swoim samochodzie. Wspaniałym samochodzie. Jego wyprodukowali Włosi. Czy jedni i drudzy też zgięli? Karabin i samochód. Czy to wszystko co pozostało z jego cywilizacji?

O świcie ruszył w dalszą drogę. Od czasu do czasu nie mógł się oprzeć pokusie włączenia radia i przelecenia się po skali. Za każdym takim eksperymentem znajdował jedynie szum i trzaski. Nie podniosło go to na duchu. Był sam. Nadzieja znalezienia żywej duszy w innym mieście nikła z każdym przejechanym kilometrem. Nadzieja dowiedzenia się, co się wydarzyło. Nadzieję, że za chwilę się obudzi, stracił już dawno. Z wolna w jego umyśle kiełkowała inna myśl. Inne spostrzeżenie. Niebezpiecznie go podniecające i przyćmiewające straszliwą tragedię, której był jedynym świadkiem. Starał się o tym nie myśleć. Nie widzieć tego w ten sposób. Było to nieludzkie. I trwożliwie, wstydliwie miłe. Był sam. Ani za chwilę, ani w ogóle na drodze nie pojawi się żaden policyjny patrol, który go zatrzyma. Jedzie doskonałym samochodem, którego nie kupił. Spogląda na spoczywający obok karabin, którego nie wolno mu mieć. Coraz większy teren, coraz dalszy dystans należy do niego. Może cała planeta. I tylko szkoda, że nie może tego uczucia podzielić z Agatą. Wtedy byłoby wszystko w porządku.

W mieście, do którego wjeżdżał, mieszkał jego brat. Niegdyś. Do niedawna. Rozmawiał z nim przez telefon dopiero co. Tydzień temu? Może trochę dawniej? Starali się umówić na wypad do zajazdu znajdującego się niemal dokładnie w połowie drogi pomiędzy ich miastami. Tak żeby się tam spotkać, spić w trupa, odespać i wrócić w domowe pielesze. To był dobry brat. Był. Miasto, do którego wjeżdżał, niczym nie różniło się od jego rodzinnego. Od teraz. Było zrównane z ziemią. Z identyczną skrupulatnością. Jacek porzucił zamiar odnalezienia domu brata. Nie było sensu. Był strach, że go znajdzie. Skierował się do śródmieścia.

Drogę przegrodziła mu serpentyna zjazdów z autostrady. Zburzona. Zatrzymał wóz, otworzył drzwiczki i spuściwszy nogi na beton sięgnął do kieszeni po papierosy. Coś zabzyczało i na policzku przysiadła mu mucha. Uderzył odruchowo ręką. Spojrzał jak zmiażdżony owadzi korpusik opada na ziemię. Zmroził go dreszcz. Zabił muchę. Poczuł się, jakby zabił człowieka. Pomyślał, że zabił może ostatnią muchę na planecie. Głupstwo, niemożliwe, żeby coś unicestwiło całe życie całej planety. Pocieszył się. I zaklął, by stłumić nieznane mu wcześniej wyrzuty. Mucha leżała pomiędzy jego nogami. Martwa. Znowu pasowała do otaczającego ją świata. Sięgnął za siebie po karabin i wstał zarzucając go sobie na ramię. Włożył do ust papierosa i szukając po kieszeniach zapałek ruszył przed siebie spacerowym krokiem. Zawsze wszystko gubił. Potrafił zgubić łyżkę przy obiedzie. Agata wszystko znajdowała. I nigdy nie miała do niego pretensji. O to. Zirytowany przysiadł na większej kupce gruzu. I znalazł zapałki. Wysupłał jedną z pudełeczka. Ale nie zapalił. Przeszkodził mu jakiś odgłos. Coś zaszurało. Poderwał się na nogi. Zapałki rozprysnęły się na wszystkie strony. Zerwany z ramienia karabin trzasnął zamkiem. Przyzwyczajał się do posiadania broni. Mile podniecająca świadomość. Fragment ruin u jego stóp poruszył się i począł osypywać. Coś starało się wydobyć na powierzchnię. Ktoś. Rzucił się na pomoc. Komuś. Odgruzowana klapa stanęła otworem. Para oczu. Twarz. Ludzka twarz. Zapuchnięta, niedowidząca. Ale zaczynająca widzieć. Rozglądać się wokoło. Przenosząca spojrzenie z Jacka na zniszczenia i z powrotem na kucającego ponad nią Jacka. Przerażenie mieszające się ze zdumieniem. I mocna woń alkoholu z ust obcego mężczyzny. Drugiego człowieka.

« Ale czad «

» Zaćmienie gwiazd »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori