∆ Bruno Grigori

Opowiadania

Zaćmienie gwiazd

« Czarno-białe sny «

 

– Strasznie cię kocham.

– Ja ciebie też kocham. Tak bardzo.

Chłopak i dziewczyna wtulili się w siebie i zatracili w całowaniu. Siedzieli w kępie trawy na wydmie, nad brzegiem rzeki. Przed nimi płonęło ognisko, niedaleko leżał odwrócony dnem do góry kajak; obniżenie terenu za ich plecami rozświetlał kolorowy namiot swoją, zawieszoną pod czaszą latarką. Nieśpiesznie zapadała noc. Z dala od łuny ludzkich osad niebo skrzyło się nieprzebraną zawiesiną gwiazd. Ale nie patrzyli, jak obce światy mrugają coraz śmielej i jak coraz mocniej odbijają się w leniwie sunącej wodzie; nie czuli lekkiego wiatru, który ukradkiem zaciągał nad nimi kołdrę chmur. Poczuli jednak ukłucia wyładowań elektrycznych na skórze i intensywny, zapierający dech w piersiach zapach ozonu.

Dotychczas spokojna rzeka rzuciła się na nich piętrową falą wody, mieszając ich kępę trawy wraz z sąsiednimi wydmami, ogniskiem, namiotem, kajakiem, piaskiem, skąpą roślinnością oraz nimi samymi w nocny koszmar kiepskiego kucharza. Potrzebowali krótkiej chwili, żeby wykrztusić wodę z oskrzeli i odzyskać oddech oraz nieco dłuższej, żeby ciekawość przezwyciężyła strach. Ostrożnie wyjrzeli ponad swoją zniszczoną oazę miłości.

Rzeka uspokajała się, a z jej środka wystawał kilkunastometrowy blok czarnego metalu o precyzyjnie uformowanych krawędziach. Jego masyw rozbłyskiwał rzadkimi iskrami i z wolna zanurzał się w topieli. Pierwsze krople deszczu pociągnęły za sobą rzęsistą ulewę. Jakby natura chciała możliwie szybko uleczyć się z rany, którą zadał jej spadły z nieba ostry metal. Chłopak z dziewczyną wstali i trzymając się za ręce spoglądali na obcy kształt niknący pod wodą.

– Czy to jakiś myśliwiec wojskowy? – wyszeptała. – Chyba trzeba gdzieś zadzwonić?

– Może. – Chłopak wysupłał z kieszeni przemoczoną, niedziałającą komórkę. – Ale to nie wygląda na myśliwiec. Jasny gwint, to... statek kosmiczny, czy coś.

Spoglądali, niepewni co widzą, aż czarny metal całkiem zniknął pod drżącą od kropel taflą wody. Właściwie przed chwilą mogło nie zdarzyć się nic. Słychać było tylko deszcz.

 

Muzyka leniwie sączyła się przez dym papierosów – każdy wznoszący się znad baru obłok zdawał się ją przyciszać. Młode słońce próbowało już od kwadransa wścibiać promyki do środka pubu – bez większego powodzenia. I bez sensu. Wewnątrz siedział już tylko on i ona, bardziej zmęczeni niż nietrzeźwi. Oraz barman patrzący bez wyrazu, zza czerwonej kurtyny oczu.

– Stary się zrobiłem – powiedział on. Zgarnął za ucho siwiejące, niegdyś rude włosy i upił łyk whiskey. – Źle nie było, w sumie.

– Szczególnie nudno też nie. Marudzisz, Bruno. – Kobieta wysupłała z miseczki ostatniego orzeszka i wrzuciła mu do szklanki. – Orion, polejesz nam jeszcze?

Barman wzruszył ramionami, sięgnął po butelkę i uzupełnił szklanki. Wszystkie trzy. Ulica rozjazgotała się narastającym, spazmatycznym wyciem syreny.

– Popularna pora na umieranie. – Orion westchnął. – Zawsze nad ranem najwięcej karetek jeździ. No, ten jeszcze żyje... za zdrowie pasażera.

Wypili. Bruno odłożył szklankę; zgryzł wyłowionego orzeszka.

– Z tym, że on już nie żyje.

Jazgot syreny urwał się jak ścięty kosą. Nasłuchiwali przez chwilę, jak silnik karetki zwalnia i nieśpiesznie cichnie w głębi miasta.

– Zawsze się zastanawiałam, jak to jest, tak... wiedzieć. Niefajnie pewnie, nie?

– Za mało wiem, Diana. To akurat wiem.

Bruno spojrzał na Oriona, ale na dłużej zawiesił wzrok na swojej towarzyszce. Była piękna, nie była już młoda; w jej ciepłych oczach, okolonych zasłoną długich, ciemnych włosów tlił się spokój.

– Co chcesz powiedzieć? – uśmiechnęła się.

– Boję się, że przestanie być nudno akurat wtedy, gdy nie będę żył. Albo co gorsza żadne z nas. To byłaby paskudna ironia losu.

– Byłaby. Ale czy to nie ty mawiasz, że nic się nie dzieje przez przypadek?

– Czasem sam w to wątpię.

Bez słowa wypili całą whiskey i podnieśli się od baru. On i ona skinieniem głowy pożegnali swojego gospodarza i wyszli na ulicę. On wziął ją pod rękę i ruszyli przed siebie wolnym krokiem. Patrzyli raczej w niebo i w niknące w świetle poranka gwiazdy, niż pod nogi.

– Widzisz? Nudno. – Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek. – Może to życie dane nam będzie przeżyć miło aż do końca? Taki prezent od losu, wiesz.

– Może. Może następnym razem będzie się dziać.

– A może już sobie darowali i nie przylecą?

Zaprzeczył ruchem głowy.

– Przylecą. W końcu przylecą.

 

Leżała na łóżku na wznak, tuliła do piersi satynową poduszkę i patrzyła na sufit. Wysoki, dwanaście metrów ponad nią. Potem trzy tysiące osiemset metrów skały. A potem, do powierzchni oceanu, jeszcze blisko sześć kilometrów wody. Lubiła myśleć o tej odległości, uspokajała ją, a przynajmniej lubiła myśleć, że ją uspokaja. Czasem zastanawiała się, czy inne kobiety też lubiłyby mieszkać na takiej głębokości. Oraz w takiej ciszy.

Przeciągnęła się – bo lubiła się przeciągać – i podniosła się na nogi. Drogę od łóżka do prysznica przebyła za pomocą serii pięciu gwiazd, zakończonej efektownym – jak lubiła myśleć – saltem. W zasadzie do niczego jej prysznic nie był potrzebny – miała młodą skórę, nie miała potrzeby się pocić, rzadko musiała ubrudzić się smarem. Ale lubiła prysznice. Przeczytała kiedyś książkę, której bohaterka mawiała, że tylko poranny prysznic powstrzymuje ją od szaleństwa. Szaleństwo nie brzmiało jak nic, co można by polubić.

Ciepłą wodą zmyła z siebie resztki snu. W zasadzie nie pamiętała, żeby coś się jej śniło i możliwe, że nie śniło się jej nic, ale miło jej było obmywać wodą swoje ciało. Lubiła swoje ciało. Lubiła na nie patrzeć i lubiła je dotykać. Myślała, że ma ładne piersi, że na pewno jej muskularny brzuszek powinien się podobać, a gdy sunęła namydloną gąbką niżej, do łona i pomiędzy uda, czuła, choć nie bardzo wiedziała dlaczego, że właśnie tam życie jest szczególnie silne, absolutnie przyjemne i czasami mogłoby trwać wiecznie. W spazmie rozkoszy zatraciła tę pewność, ale dobrze wiedziała, że ona wróci wieczorem lub nawet wcześniej.

Potem wytarła się w puszysty ręcznik i starannie uczesała swoje długie blond włosy. Z półki pod lustrem wzięła pudełko kremu, otworzyła je nieśpiesznie; rozkoszując się narastającym zapachem lawendy, wtarła tłustą substancję w swoją szyję, ramiona, piersi, talię, uda i pośladki. Na koniec odłożyła krem, by sięgnąć po krwistoczerwoną szminkę. Bardzo powoli, bardzo precyzyjnie i bardzo mocno pomalowała swoje usta. Wydatne i takie akurat do całowania – jak lubiła sobie wyobrażać.

Z łazienki wyszła boso, odziana jedynie w rozpiętą białą bluzę z pagonami, które nieśmiało sugerowały, że jej właścicielka może być porucznikiem. W miarę jej kroków i tak wysoki sufit uciekł jeszcze wyżej – wstąpiła do niknącej w mroku hali. Echo jej stóp wracało zwielokrotnione i nie wcześniej niż po kilku sekundach, przesmykując pomiędzy wyłamującymi się z nicości czarnymi, ostrymi, metalowymi bryłami. Jedne kształty zdawały się być mniejsze – kilkunastometrowe – a inne dużo, dużo większe. Wszystkie ciche, groźne i pełne energii, jak lwice zamarłe w skupieniu na moment przed atakiem. Dziewczyna przechodziła wzdłuż zacienionego parkingu, na którym kryły się śmiercionośne myśliwce, bombowce i fregaty gotowe do walk dalece wyższych i o niebo bardziej dramatycznych niż atmosferyczne, ziemskie.

Od czasu do czasu zatrzymywała się przy wybranym statku i ruchem dłoni rozpościerała przed sobą matrycę ekranów, których chłodne światło wydobywało z mroku bryłę maszyny. Przez chwilę przebiegała wzrokiem tabele i wykresy, trącała palcami zawieszone w powietrzu przyciski, po czym zamykała ekrany tym samym, nonszalanckim machnięciem ręki. I szła dalej.

Przejrzała diagnostyki kilkudziesięciu statków, nim dotarła do wnęki przy krańcu hali. Wnęki, do której zapraszało mruganiem kilkanaście jak najbardziej realnych monitorów. Usiadła na fotelu przed skomplikowaną konsolą i zaczęła za jej pomocą przełączać ekrany na nieswojskie widoki oraz przeładowane listy i diagramy. Pierwsze jakby sponad powierzchni planety, a nawet dalszego jej sąsiedztwa, drugie wyjęte żywcem z przejmującego snu fizyka teoretyka. Wyraźnie ciążąca na jej rękach rutyna działań spowolniła ją znacznie, a potem jeszcze bardziej, aż dziewczyna wyłączyła wszystkie ekrany jednym ruchem palca.

W następnym ruchu wyrzuciła swoje smukłe nogi na konsolę i pozwoliła, aż jedyne jej odzienie – bluza oficerska – osunie się z niej. Spoglądała, jak białe płótno odsłania jej piersi, a potem zsuwa się z ud i zawisa pod krzesłem. Wtedy przymknęła oczy i starała się wrócić w sen. Sądziła, że gdy coś kiedyś się jej przyśni, będzie to bardzo lubić.

 

Padał deszcz. Przy mokrym chodniku zatrzymała się taksówka i wypuściła z siebie najpierw rozpościerający się parasol, potem Bruna, Dianę, a na końcu jej niewielką skórzaną torebkę podążającą za nią na srebrnym łańcuszku.

– Strasznie leje tego lata, co nie? – spytała wtulając się w jego ramię.

– Deszcz jest dobry. Pomaga ciągle zaczynać od nowa.

Diana sapnęła, jakby przerabianie deszczu na filozofię nie było odosobnionym przypadkiem; ani szczególnie przez nią akceptowanym.

– Przepraszam, kochanie – zmitygował się i pocałował ją w policzek. – Rzeczywiście często leje. Chodźmy zjeść coś dobrego.

Stali przed wejściem do restauracji. Zdobiony baldachim chroniący rozpostarty na schodkach dywan, donice z kwiatami oraz uśmiechnięty na powitanie gości konsjerż – wszystko to tworzyło klimat miejsca miłego, eleganckiego oraz zapraszającego klientów raczej zamożnych.

– Dobry wieczór, państwu Grigori. – Konsjerż ruszył im na przeciw, rozpościerając wielki parasol. – Stolik już na państwa czeka. Ten co zwykle. Serdecznie zapraszam do środka. Pogoda dziś pod psem, jeśli mogę się tak wyrazić.

Pomiędzy trójką mignął ciemny kształt. Rozległ się suchy chrzęst pękającego metalu dopełniony przez brzęk spadających na chodnik srebrnych drobin. Torebka Diany zniknęła z jej biodra, by pojawić się w ręce szybko oddalającego się od nich mężczyzny.

– No, bez jaj...! – sapnęła i widocznie zamierzała temat rozwinąć, lecz jej myśl przeciął wirujący, pobłyskujący metal, który wyrwał się z ręki Bruna i pomknął w ślad za nieznajomym.

Nóż wbił się w nogę uciekającego z soczystym cmok! i powalił go na mokre płyty. Zanim ten zdążył się odwrócić na wznak, Bruno już nad nim stał i wyjmował ze swojego portfela banknoty.

– Torebka pani i mój nóż zostają – oświadczył. – A to masz na lekarza.

Nie zdążył jednak podać leżącemu pieniędzy, nim jego uwagę przykuł pistolet; wyszarpnięty naprędce i trzymany niezbyt pewnie, ale celujący z grubsza w jego stronę.

– Zabiję cię, ty skurwysynu! – ryknął mężczyzna. Bruno westchnął.

 

– Najmocniej przepraszamy, panie majorze, za kłopot... Pana i pana małżonkę, oczywiście... i że tak w czasie pańskiego urlopu... – policjant przesunął po blacie stołu służbową broń Bruna wraz z jego legitymacją oficerską oraz z nieco mniej regulaminowym nożem. – Formalne procedury, oczywiście... nie da się ich uniknąć, pan major przecież wie, oczywiście...

Bruno rozejrzał się po spartańskim wnętrzu komisariatu, spojrzał na zmęczonego sierżanta, silącego się na uśmiech i przeniósł wzrok na siedzącą obok niego Dianę; ubraną w wieczorową suknię, pobłyskującą srebrnymi kolczykami spod precyzyjnie upiętych włosów, piękną.

– Mój ty rycerzu – powiedziała starając się powstrzymać kąśliwy uśmiech.

Poruszył ustami na kształt “kocham cię”, a ona skinęła głową z przyzwoleniem.

– A z tym facetem, co? – spytał funkcjonariusza chowając po kieszeniach swoją broń i papiery.

– Nic szczególnego – policjant wzruszył ramionami. – Jest w szpitalu, pilnowany. Przestrzelony nadgarstek prędko się nie pozrasta, ale będzie żył. Oraz siedział, oczywiście. Znowu, zresztą.

– Możemy już iść?

– Oczywiście. Już wydam stosowne polecenia, żeby chłopaki podwieźli państwa radiowozem – wyrecytował szybko i uzupełnił hojnie – w dowolne miejsce, jak najbardziej. To znaczy... w granicach miasta, oczywiście.

– Dziękujemy, sierżancie. Damy sobie radę.

Bruno pomógł Dianie podnieść się ze stołka, wraz z jej płaszczem i urwaną torebką. Skinęli policjantowi na pożegnanie i wyszli nieśpiesznie na ulicę. Już nie padało.

– Co robimy z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? – spytał.

– Bruno... zaraz będzie świtać. Jedźmy do domu.

 

– Największy problem współczesnej wiary, ale nie tylko współczesnej! leży w postawie ducha i w postawie umysłu, które zaprzeczają istnieniu diabła! – Kościół rozbrzmiał uniesionym, nieco egzaltowanym acz wciąż melodyjnym głosem kapłana. – Pomyślcie, moi wierni, jak bardzo jest to na rękę, jak godzi się to z wymierzonym przeciw nam, ludziom, złowrogim planem Szatana, by nie wierzyć w jego istnienie! Zastanówcie się, jak rechocze w czeluściach piekielnych, którymi włada, jak bardzo musi mu to ułatwiać knucie unicestwienia ludzkości i miłości bożej.

– Cześć, Bruno – szepnął Orion wsuwając się w kościelną ławę. – Gdyby nie ty, to już nikt by domów bożych nie odwiedzał.

– Ćśśś! Słucham.

Orion wzruszył ramionami, rozparł się w niewygodnym siedzeniu i rozejrzał po przestronnej nawie. Poza nimi na mszy było kilkanaście staruszek, dwa małżeństwa i gorliwie modlący się nastolatek. Stuknął łokciem Bruna i wskazał mu chłopaka ruchem brwi:

– Patrz, jak się modli, żeby mu dziewczyna dupy dała.

– Siedźże cicho, zaraz pogadamy.

Ksiądz kontynuował:

– Ale on istnieje! Według Biblii i świadectw Kościoła musimy się liczyć z istnieniem Szatana, upadłego anioła i bać się jego nienawistnej aktywności, przejmującej grozą! Wszyscy aż nadto doświadczyliśmy i doświadczamy złego, który wciela się to w system faszystowski, to w komunistyczny i jego funkcjonariuszy. Ale również jest obecny w wulgarnych knajpach, domach publicznych i nie tylko. Nie zapominajmy, moi wierni, że człowiek z natury jest dobry. I ku dobru dąży! I dobro, jako wartość najwyższą wyznaje i rozprzestrzenia.

Orion spojrzał na kumpla wzrokiem udręczonym i spodziewającym się jakiejkolwiek reakcji. Nie dostrzegł żadnej – Bruno zdawał się z zaciekawieniem wsłuchiwać w słowa kaznodziei.

– Dzisiejsza Ewangelia i szereg innych tekstów Nowego i Starego Testamentu jasno i wyraźnie mówi o diable. Inne imiona tego samego to: wąż Samael, który skusił Ewę do złego! Szatan, duch nieczysty, duch niemy, zły, kusiciel, Antychryst. Antychryst! Jezus Chrystus, moi wierni, nie ukrzyżował się sam. Nie ukrzyżowali go również dobrzy ludzie, lecz ukrzyżowali go Żydzi, zawładnięci, zaprzedani, oddani złej myśli Szatana, Samaela, który ich rękami, ich narzędziami pokierował i popchnął ich do czynu tak złego, tak sprzecznego z naturą dobrego człowieka, jakiego Bóg stworzył! Pamiętajcie o tym! Amen.

– Amen! – odpowiedziały chórem starsze panie i oba małżeństwa. Nastolatek załkał gorzko.

– Czy teraz już możesz iść napić się ze mną wódki w moje urodziny? – spytał Orion cedząc wolno sylabę za sylabą. Bruno skinął głową, przyklęknął, przeżegnał się i podniósł do wyjścia. – Błagam cię, stary, powiedz, że robisz to tylko po to, żeby mnie wkurwić.

– Nie marudź. Chodźmy.

Wyszli przed wysmukłą fasadę kościoła i zatrzymali się na prowadzących w dół, do ulicy schodach. Zachodzące słońce przyozdobiło miasto ognistym szkarłatem. Orion wysupłał ustami papierosa z paczki, spojrzał pytająco na Bruna, ale nie dostrzegłszy u niego zainteresowania, brzęknął zapalniczką i wciągnął ogienek w tytoń.

– Stary, kurde, wytłumacz mi to...

Bruno wzruszył ramionami i uśmiechnął się, jakby temat nie nadawał się na rozmowę.

– Zacznijmy od tego – dalej upierał się Orion – że przypomnimy sobie, co się wydarzyło tu, na Ziemi, kurde, na tej właśnie planecie, sześć tysięcy lat temu. Hm!? – Kończące “hm” rozbrzmiało, jak cios pięścią. W zęby. Sierpowym.

Jednak Bruno nawet się nie zachwiał, a jedynie znów lekko uśmiechnął, po czym ruchem głowy zachęcił zirytowanego towarzysza do podjęcia spaceru.

– Zrozum, że teraz to nie ma znaczenia – orzekł. – A miejsca święte i święte rytuały są święte. Bo zostały wzniesione i są kultywowane przez ludzi, którzy wierzyli, wierzą, którzy tej wiary i tej świętości potrzebują. I to oni dają jej życie, siłę, wartość i mądrość. I mam na myśli jakiekolwiek święte miejsca. Wszystkie, na całym świecie. A to, że w miejscach świętych pojawiają się ludzie i... inne istoty, które z tą mądrością, ani ze świętością nie mają wiele wspólnego... cóż. Sami jesteśmy tego koronnym przykładem. – Spojrzał na Oriona pojednawczo. – Wszystkiego najlepszego, Urielu. Chodźmy się napić.

 

Wnętrze wielkiego obserwatorium astronomicznego rozbrzmiewało pogłosami ściszonych rozmów oraz nieco głośniejszym szumem serwerów i rzężeniem drukarek. Przez uchyloną na bezchmurną noc kopułę wyglądał w rozgwieżdżone niebo gigantyczny teleskop optyczny. Pod nim, wokół zgrupowania monitorów uwijało się kilkunastu studentów.

Nieopodal, ubrana w długi fartuch laboratoryjny, Diana bujała się na krześle, odpychając się od blatu biurka nogą. Z telefonem przy uchu i rozhuśtanym kubkiem kawy w ręce wyglądała jak...

– Pani doktor! – zakrzyknął przechodzący nieopodal laborant – wygląda pani jak prolongowana katastrofa. Jak piękna i promienna katastrofa, rzecz jasna, jak zawsze. Niemniej jednak, wypierdoli się pani. Mówię to jako obserwator niezwiązany z układem.

Diana uśmiechnęła się, trochę do kolegi z pracy, trochę na drugą stronę połączenia.

– Co tam się dzieje? – rozbrzmiał w słuchawce głos Bruna.

– Nic. To tylko znajomy niezwiązany z układem. – Laborant wywrócił oczami i zniknął w głębi przestronnej hali. – Co tam, diabełku?

– W zasadzie też nic. – Usłyszała brzęk szkła i następujący po nim odgłos przełykania. – Kiedy wpadniesz na urodziny Oriona?

– A...! Szlag... Zajęcia kończę za kwadrans. Będę za pół godziny maks.

– Będzie za godzinę – zaszemrał w słuchawce ściszony głos Bruna. – Okej, kochanie. Do zobaczyska!

Zamierzała powtórzyć wolno i z naciskiem, że będzie za pół godziny, ale raz że Bruno zdążył się rozłączyć, a dwa, że jeden z jej studentów obserwujących nocne niebo wydarł się:

– Gdzie są, kurwa, Plejady!?

Dianę zmroziło. I wywróciła się na plecy. Ze stołkiem, z telefonem i roztrzaskującym się na posadzce kubkiem kawy. Nie spowolniło jej to w najmniejszym stopniu – w kilku susach była pod teleskopem. Jej podopieczni rozstąpili się.

– Pokaż! – krzyknęła.

– Pani doktor, nie ma się co tak entuzjazmować faktem, że Pasierbiński nie wie, gdzie są Plejady.

– Wiem, kurwa, gdzie są Plejady! – warknął najwyraźniej Pasierbiński i wskazał Dianie jeden z monitorów. – Ale nie ma.

Diana sięgnęła do klawiatury, żeby przybliżyć widok, stęknęły serwomotory teleskopu i mała czarna łata pośród gwiazd pokryła większą część ekranu. Pozostałe, oplatające ją gwiazdy zdawały się mrugać nerwowo oraz... tracić blask. Nie trwało minuty, gdy na monitorze zgasła kolejna gwiazda.

– Co to jest, pani doktor? Jakieś zaćmienie gwiazd? – spytał jeden z jej podopiecznych.

– Co ty chrzanisz, Kowalczyk!? – obruszył się inny. – Jakie zaćmienie gwiazd? Co za matoł!

– Koniec zajęć na dziś – oświadczyła Diana i nie odpowiedziała studentom na żadne z pytań, rzucanych przez nich w tempie karabinu maszynowego. Skupiła się na metodycznym wyganianiu ich z obserwatorium. Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi wejściowe, oparła się o nie ciężko.

Obserwujący całe zdarzenie laborant podszedł bliżej i chciał powiedzieć “a nie mówiłem, że się pani wypierdoli?”, ale widząc, jak pani doktor kryje twarz w dłoniach i osuwa się na posadzkę, postanowił powiedzieć jej to na następnych zajęciach.

 

 

Zaćmienie gwiazd można już uważać za nowelę... w każdym razie jest ponad pięć razy dłuższe od przytoczonego fragmentu... :) Oto cały tekst do pobrania: Zaćmienie gwiazd (PDF) — miłej lektury!

 

« Czarno-białe sny «

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori