∆ Bruno Grigori

Opowiadania

Ale czad

« Pandemonium (3/3) «

» Czarno-białe sny »

Jest noc. Wierzchołek porośniętego trawą wzgórza rozświetlają ciepłe okna przestronnej willi. Gdzieś niedaleko musi być morze, bo słychać szum fal. Ale nie widać go. Wewnątrz krząta się mnóstwo ludzi, wnoszą skądś kartonowe pudła, jakieś meble. To jest mój dom, a oni pomagają mi się do niego wprowadzić. Wszyscy mnie znają i zdaje się, że ja ich też znam. Ale nie rozpoznaję. Ważne, że mnie lubią i że chcą mi pomóc.

Jest wśród nich jedna dziewczyna, którą dobrze znam. Często ze sobą rozmawiamy. Ma długie, jasne włosy i dobre oczy. Podchodzę do niej, a ona przytula się do mnie. Wiem, że ją kocham i czuję, że ona też mnie kocha. Jest mi z tym dobrze.

 

Pościel mokra od łez lepi mi się do nóg, do pleców, do twarzy. Przerzucam kołdrę na drugą stronę, odsuwam się na bok prześcieradła. Wydawało mi się, że nie umiem płakać. Za oknem szary blok ledwie odcina się z płaskiego, szarego nieba. Czasem jest oświetlony słońcem, ale rzadko. Mokra kołdra lepi mi się do brzucha, oblepia mi stopy, krępuje mnie jak zwój liny. Boli mnie gardło, podobnie jak skronie i kawałek twarzy. Gdzieś tak połowa. Druga połowa się śmieje. Nienawidzę jej. Jednak nie umiem płakać. Strach. Wiem, że oni gdzieś tam są, być może zupełnie niedaleko i chcą mnie zabić. Chcą mnie zabić dlatego, że mnie straszliwie nienawidzą. Nie potrafią nad tym zapanować, że mnie nienawidzą, tak samo jak nie potrafią zapanować nad tym, że kogoś kochają. Kogoś zdradzają, kogoś próbują chronić, a ktoś inny zupełnie ich nie obchodzi. I też się boją. Dlatego chcą zabić. Ale przecież ja się nie ruszam. W zasadzie nawet nie wystaję ponad poziom. Ponad żaden, najmniejszy poziom. Po co mnie zabijać? Jak w ogóle może się udać mnie zabić? Przecież ja wcale nie żyję. Przysięgam, że nie żyję!

 

Jest bardzo piękna jesień. Drzewa są bajecznie kolorowe, powietrze obmywa z brudu mnóstwem nie wiadomo skąd się biorących, przyjaznych zapachów. I świeżością. Chyba się dopiero co urodziło. Musiały urodzić je te kolorowe drzewa i te wciąż zielone łąki. Może nawet wstążka idealnie gładkiej, nowiutkiej asfaltowej drogi miała w tym swój udział. Kto wie, czy nie mój ślicznie mruczący z zadowolenia silnik. Jedziemy drogą między górami, między lasami. Mamy uchylone okna. Ona czasem się do mnie uśmiecha, czasem kładzie swoją rękę na mojej ręce. Tak bardzo ją kocham. Jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Najmądrzejszą, najbardziej kochającą. Nie mam pojęcia, czym zasłużyłem na to, że jest przy mnie, że patrzy na mnie, że ja mogę tonąć w jej oczach. W jej najpiękniejszych zielonych oczach. Każdą komórką swojego ciała czuję, jak bardzo mnie kocha. Każdą komórką, która czuje wszystko. Która nie czuje nic. Zatrzymuję samochód na środku drogi.

— Wysiadaj — mówię — wypierdalaj. — Patrzy na mnie. — Wypierdalaj z mojego życia!

Sięgam do klamki jej drzwi, otwieram, odpinam jej pas, wypycham ją, wyrzucam, wypada na asfalt. Ruszam gwałtownie, bo zależy mi na tym, żebym nie musiał sięgać do drzwi, żeby zatrzasnęły się same.

Nikt na mnie nie patrzy.

 

— Kapitanie, pozostały dwie minuty do przybycia floty.

Stoję w wielkim hangarze, dobrze ukrytym pod ziemią, a może pod dnem oceanu nawet. Przede mną wyłania się z mroku olbrzymi, drapieżny kształt międzygalaktycznego niszczyciela. Ta piękność ma w sobie dość jadu, by zabić całą planetę. Jej gładkie burty kryją luki torpedowe, gniazda dział jonowych oraz magazyny zapełnione amunicją. Potężną, nowoczesną amunicją. Ale dzisiaj nie będę zabijać planety. Dzisiaj będę ją ratować przed śmiercią. Głos komputera koi myśli, pomaga się skupić na zadaniu.

— Statek gotów do startu. Czekam na rozkazy, kapitanie.

 

Butelka jest prawie pusta. Przy czym jest to już druga butelka. Zabawne, jak bardzo nie smakuje mi alkohol i jak bardzo lubię go pić. Lubię nawet, gdy jestem skacowany. Cały dzień w prezencie. Tyle spokoju. Jak ona ma na imię? Jest bardzo piękna i bardzo chce, żebym ja był bardzo piękny. Tylko jak ona ma na imię? Tak bardzo chciałbym jakoś się do niej zwracać. Dorzucić jakieś imię wyjaśnienia po tym, jak jej powiem, jak bardzo ją kocham.

 

— Tato, pójdziemy dzisiaj do kina? Możemy nie kupować popcornu ani coli, jak masz mało pieniędzy.

— Może jutro. Dzisiaj mam dużo pracy. Muszę dużo pracować. Zobaczę, co grają, okej?

— Dobrze, tato.

 

Samochody, światła, ludzie, ulice, pasy na jezdni. Wielka maź. Powoli opływa mój samochód. Poruszam się w niej z gracją. Nie popełniam najmniejszych błędów. Każdy mój ruch, każdy skręt, każda zmiana biegów jest idealnie płynna. Prawie jak we śnie. Przepuszczam na pasach grupę młodych ludzi, chociaż nie musiałem tego robić, bo jeszcze na ulicę nie weszli. Ale jestem miły. Właściwie to nawet ich lubię. Paru chłopaków, kilka dziewczyn, późny wieczór. Pewnie idą na imprezę. Będą się dobrze bawić. Wyglądają, jakby wszyscy byli dobrymi przyjaciółmi. Jadę dalej. Przed skrętem muszę lekko zajechać drogę autu na sąsiednim pasie. Włączam awaryjne. Na dwa błyśnięcia, nie na trzy. Chcę przeprosić, ale nie ulegle. Jestem miły, ale jestem silny. Świetnie wiem, jak się zachować. Ile to ja wypiłem? Zero-pięć? Na pewno więcej. Zero-siedem? Co najmniej.

 

Stoję na wysokiej skale. Woda jest o dobre dwadzieścia metrów niżej. Dno... kto wie? Może nawet drugie tyle dalej. Nie ma to szczególnego zastosowania, bo i tak nie umiem pływać. Księżyc odsuwa małe chmurki na boki. Nie chce mnie tracić z oka. Przygląda mi się uważnie. I nikt poza nim nie wie, gdzie jestem.

— Tato, pamiętasz, jak pojechaliśmy na rowerach na zapiekanki? Pojedziemy jeszcze kiedyś?

— Oczywiście. Pojedziemy jeszcze wiele razy. Razem.

 

Do you speak English?

Samolot kołuje na pas. Wyglądam przez okienko i czekam, aż się ustawi do startu. Patrzę na swojego sąsiada. Amerykanin. Sympatyczny. Zadowolony z życia i z siebie samego. Ma firmę, która zapewnia mu pracę, którą lubi i utrzymanie dla rodziny, którą kocha. Nie chce mi się z nim gadać. Rozkładam ręce, bo nie umiem nawet powiedzieć, że nie umiem. Zatknięta w kieszeń przede mną książka na podróż wbija mi szpile w oczy swoim angielskim tytułem. Lubię przeciążenie wgniatające w fotel przy starcie. Ciekawe, ile kosztowałoby auto, które miałoby takie przyspieszenie. Moja książka zaczepia również wzrok Amerykanina.

Are you sure, you don't speak English? — uśmiecha się.

 

Methods with the same name as the last element of a namespaced class name will no longer be treated as constructor. This change doesn't affect non—namespaced classes.

Kurwa.

There is no impact on migration from 5.2.x because namespaces were only introduced in PHP 5.3.

No, tak, zapomniałem. Okej. Ile to ja rzeczy zapomniałem? Wszystko, o czym nie chcę pamiętać. Sporo z tego, co pamiętać powinienem. Coś za coś. Ale przecież i tak rozgrzeszenia nikt nikomu za nic dać nie może. W dupę jebani księża. Modliłem się kiedyś. Naprawdę wierzyłem. Fajnie byłoby umrzeć mądrzejszym, niż się urodziło. Zasłużyć sobie trochę na nowe, kolejne, lepsze życie. Nie wyrządzić za dużo krzywdy ani sobie, ani innym. Szczególnie, gdy się kogoś kocha.

 

W jaskini jest całkiem ciemno i prawie całkiem cicho. Woda gdzieś kapie. Boli mnie gardło, bolą mnie skronie, boli mnie fragment twarzy. Bolą mnie oczy, które już nic nie widzą. Zapalam latarkę wmontowaną w komórkę. Właściwie białą diodę. Całkiem dobry wynalazek. Ile to lat trwało, odkąd ludzie opanowali czerwone diody, potem żółte, zielone. Niebieskie to był przełom, pamiętam. Polacy opracowali niebieskie lasery. Polacy zawsze byli dobrzy w laserach. Dlaczego cały świat zarobił na niebieskich laserach, tylko nie Polacy, którzy je opracowali jako pierwsi? A teraz wszędzie są już białe diody. W reflektorach samochodów, w klawiszach notebooków, nawet w komórkach. W kwestii diod to już chyba koniec drogi? Chociaż kiedyś, głęboko w liceum, widziałem laser o płynnie zmieniającej się częstotliwości światła. To było tak dawno temu, tak strasznie dawno temu. Może w innym świecie to było. Czy to w ogóle ja widziałem? Ja byłem?

 

Narysowałem całą, dużą grę planszową. Na szerokiej tekturze, z mnóstwem potrzebnych do niej kart. Zrobiłem to dość ładnie. Tak ładnie, że chciało się w nią grać. Wszystko ręcznie, bo komputerów w zasadzie jeszcze nie ma. A kolorowych drukarek laserowych nie ma na pewno. Będziemy w nią grać z moim przyjacielem, jak się spotkamy na tydzień, może dwa tygodnie na wakacjach. Z jedynym moim przyjacielem. Ale nie potrzeba człowiekowi wielu przyjaciół. Jeden, dobry przyjaciel wystarczy.

— Kochanie, dzwonili dzisiaj do Polski. Jutro opuszczają obóz dla uchodźców i wyjeżdżają do Kanady. Raczej już nie wrócą. Tak bardzo mi przykro, kochanie.

 

W trupio bladym świetle diody otwieram plecak. Wyjmuję z niego pięć ładunków. Wbijam w nie zapalniki. Wchodzą miękko, jak w plastelinę. Cztery rozmieszczam wzdłuż skalnych ścian, jeden kładę na środku korytarza. Wszystkie przygniatam dużymi kamieniami i przysypuję mniejszymi. Siadam pomiędzy nimi i wyciągam z plecaka detonator. Gdy skały się zawalą, nikt mnie tu nie znajdzie. Nikt nawet nie powinien usłyszeć eksplozji. Będzie taki spokój. Będzie taka cisza. Nic nie będę musiał mówić. Nic nie będzie mnie boleć. Wycieram nos w rękaw kurtki, naciskam przycisk.

 

— Stary, nie śpimy, pijemy!

— Nie śpię.

Podnoszę twarz z baru. Uśmiecha się do mnie rządek pełnych kieliszków. I rządek kumpli, czekających już tylko na mnie.

— Nie piję karniaków.

— Do karniaków jeszcze nie doszliśmy. Przespałeś trzy kolejki.

Podnoszę najbliższy kieliszek. Mówię coś zabawnego. Śmiejemy się. Pijemy. Muzyka gra głośno, trzeba ją przekrzykiwać, ale to miłe jest. W jaskini jest całkiem ciemno i prawie całkiem cicho.

 

Jest noc. Ulice pełne są ludzi. Powietrze buja się w takt ich oddechów, ich słów, ich śmiechu. Kolorowy, rozbujany autobus podjeżdża na przystanek. Telefon.

— Czemu nie odbierasz komórki? Próbowałam się do ciebie dodzwonić od trzech godzin.

— Przepraszam, kochanie, byłem w knajpie ze znajomymi. Nie miałem zasięgu.

— I to wystarczy. Daruj sobie: kochanie. Jak ta knajpa ma na imię? Aśka, Anka, Gośka?

— Co ty mówisz?

— To co słyszysz. Zresztą to nieważne, z kim byłeś. To i tak już koniec.

— Przestań, proszę. Kocham cię. Nigdy cię nie zdradziłem, nigdy cię nie zdradzę. Przecież wiesz o tym.

— Nie, nie wiem. Nawet jeśli mnie nie zdradziłeś, w co nie wierzę, to za chwilę to zrobisz. Po tobie nigdy się nie można niczego spodziewać.

— Proszę nie mów tak. Przecież to jest straszliwa nieprawda.

— Jest mi to obojętne, co jest prawdą. Chcę mieć spokój. Podjęłam decyzję.

— Proszę cię...

— Nie dzwoń, nie pisz, nie zawracaj mi głowy. Było miło, ale się skończyło.

Klik.

 

Auto nie jest w stanie jechać szybciej niż dwieście. Przydrożne drzewa migają. Nie chcę zrobić drzewu krzywdy, biorę pod uwagę, że to będzie je boleć. Rozpinam pasy, chociaż to chyba bez znaczenia. Delikatny ruch kierownicą w bok. Właściwie to chyba nawet nie ja nią ruszyłem, po prostu nie trzymałem jej dość mocno, trochę sama jakby skręciła. To niezupełnie moja wina. Jest mi tak dobrze. Nie boli mnie gardło, nie bolą mnie skronie. Tylko trochę jest mi żal tego drzewa. Naprawdę mam nadzieję, że nie cierpiało.

 

Jest noc. Wierzchołek porośniętego trawą wzgórza rozświetlają ciepłe okna przestronnej willi. Gdzieś niedaleko musi być morze, bo słychać szum fal. Ale nie widać go. Ona czeka na mnie przed wejściem. Uśmiecha się do mnie i wychodzi mi na przeciw. Jej długie, jasne włosy powiewają w rytmie jej kroków. Przytulam ją mocno, a ona przytula mnie. Wiem, że ją kocham i czuję, że ona mnie kocha. Wiem, że zawsze będziemy razem, że nigdy we mnie nie zwątpi, że ja jej nigdy nie wyrządzę krzywdy.

Mokra pościel lepi się do ciała. Bardzo się boję.

« Pandemonium (3/3) «

» Czarno-białe sny »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori