∆ Bruno Grigori

Opowiadania

Pandemonium (3/3)

« Pandemonium (2/3) «

» Ale czad »

Diabeł Dyrektor spoczywał w swoim rogatym fotelu, za swoim masywnym dębowym biurkiem i przyglądał się przyprowadzonej przez C.H. Arona dziewczynie. Siedziała na przystawionym do biurka krześle i rozglądała się z zaciekawieniem po grocie. Niemały Książę zajmował swoje ulubione miejsce przy podwojach, o które opierał się z całą należną sytuacji nonszalancją. Obok niego przysiadł na drewnianym taborecie C.H. Aron, całkowicie, zdawać by się mogło, zatopiony w grze na swojej przenośnej konsolce. Ludzka Dusza wyglądała z kotła, oczekując jakiegoś rozwoju wydarzeń, najchętniej zabawnego.

— Jak się nazywasz? — spytał Diabeł Dyrektor.

— Stary, który mnie wyprowadził na ten świat, zwraca się do mnie „dziecko” na przemian z „niezłą agentką”. Wybieram Niezłą Agentkę — odparła ze wzruszeniem ramion.

Igor krzątał się za plecami swojego szefa ukochanego i czyścił szmatką rozstawione na kominku puchary. Zapewne trofea wydziału z zamierzchłych czasów, kiedy wydział okazyjnie czymś się zajmował. Przypuszczalnie czyścił je za karę. Trudno mu było jednak utrzymać rozbiegane spojrzenia na swojej pracy. Ludzka Dusza, Niezła Agentka, Ludzka Dusza, Niezła Agentka, kolejny pucharek — mniej więcej w takiej kolejności nimi strzelał.

— Wolna wola. A jak się zapatrujesz na naszą propozycję?

— Rozumiem, że nie mam wielkiego wyboru...

— Zdecydowanie mniejszy niż w kwestii imienia, ale wciąż możesz się na niego zapatrywać po swojemu. Wolna wola, jako się rzekło.

Niezła Agentka pokręciła głową. Była w tym geście rezygnacja, było i rozbawienie.

— Chcecie zsyłać graczy na wieczne męki za zbrodnie popełniane w grach komputerowych. Pomysł jest niedorzeczny.

— To samo mówili o Koperniku, gdy się uparł, że świat się nie kręci wokół ludzkiego pępka. Ba, nawet umarł, zanim się odważył do swojego pomysłu przyznać. Byłem przy tym, więc wiem. Chcesz z nim pogadać, po tym jak ledwie pięć wieków minęło od jego pomysłu?

— To on siedzi w Piekle?

— Bynajmniej, przynajmniej nie w tej chwili. Mamy z Niebem całkiem dobre stosunki, w sprawie wymiany rezydentów. Umowa nie dotyczy Igora.

— Nieważne. — Dziewczyna machnęła ręką. — Przejdźmy do konkretów.

Diabeł Dyrektor uśmiechnął się i nasunął sobie rogi na czoło.

— Będziesz pracować z Niemałym Księciem. On może mało się póki co orientuje w temacie, ale... szybko się uczy. — Cygaro w ustach wymienionego uniosło się nieznacznie. — A przy okazji umie jednym gołym palcem przełamać rycerza na pół. — Cygaro uniosło się znacznie.

— Przydatna umiejętność.

— Owszem, przydatna. Będziecie wynajdywać co drastyczniejsze przypadki naruszenia dziesięciu przykazań, siedmiu grzechów głównych i jeszcze kilku zestawów zasad, których istnienia ludzie nawet nie podejrzewają. Niemniej nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności, jak może wiesz. I będziecie na nie reagować.

— Czyli łapać grzesznych graczy i wrzucać ich dusze do czeluści, którą mam za plecami?

— Można to w skrócie tak ująć.

— I ile tych dusz ma być? Dziennie? Tygodniowo?

— Zważywszy fakt, że przez minione kilka tysięcy lat złapaliśmy tylko jedną... — Diabeł Dyrektor podrapał się w potylicę, Ludzka Dusza zajęła się liczeniem stalaktytów na sklepieniu groty — nie przewidujemy w tej kwestii limitów.

Lewe skrzydło dębowych podwojów stanęło otworem z impetem, jaki mało kto prócz Niemałego Księcia był w stanie mu nadać. Do groty wskoczył barczysty drab uzbrojony w karabin samoczynny.

— Przepraszam, jeśli przeszkadzam — wycedził — szukam Diabła Kierownika.

— Diabła Dyrektora — sprostował Diabeł Dyrektor. — to ja. A ty skąd się...

Przybyły bez słowa przystawił broń do oka i wycelował pomiędzy parę lśniących, czerwonych rogów szefa. Niezła Agentka zastrzeliła napastnika odruchowo.

— Szefie... — C.H. Aron podniósł wzrok znad konsolki, żeby odprowadzić nim bezwładne ciało osuwające się do czeluści piekielnej — ja go tu nie przywiozłem.

Niemały Książę rzucił się sprintem w stronę kominka i dopadł Igora, zanim ten zdążył zauważyć, że przez dobre trzy sekundy mieli w wydziale gościa. Trzymając sługę za gardło, jeszcze bardziej zielonego niż zwykle, podszedł do wylotu czeluści.

— Wrzucać, szefie?

— Wrzucaj — przyzwolił Diabeł Dyrektor i sięgnął po telefon, nie czekając, aż ten zdąży się odezwać sam z siebie. — Cześć, Mefi, słuchaj... no, wiem, wiem... tak, wiem, zadzwonić powinienem najpierw... wiem... wiem.. Mefi, wiem... ale wrzuć ich obu do jednego kotła i pogotuj jakiś czas... do odwołania. No... Hej. — Odłożona na widełki słuchawka trzasnęła z ulgą. Szef przyjrzał się uważnie Niezłej Agentce. — Ty masz jakieś wspomaganie celowania czy coś? — Machnął ręką. — Nieistotne. Witaj w prawdziwym świecie.

Upuszczony przez napastnika karabin wciąż leżał obok czeluści. Niemały Książę podniósł go, obejrzał z zainteresowaniem, po czym wypiął zeń magazynek i zajrzał do środka.

— Srebrne kule — zakomunikował. — Skąd ten drań mógł wiedzieć, że jesteś, szefie, uczulony na srebro?

— Nieistotne — uciął Diabeł Dyrektor — czas na rozrywki się nam skończył. Pora mi złożyć wizytę mojemu przełożonemu i przekazać mu dobrą nowinę. Brakuje nam jeszcze tylko nazwy dla wydziału.

Niezła Agentka podniosła się z krzesła i nachyliła się ponad biurkiem.

— Mam pewien pomysł... — zaczęła i dokończyła szeptem wprost w nadstawione jej przez szefa ucho.

— Dobre, dobre — ucieszył się Diabeł Dyrektor. — Mój przełożony nie będzie wiedział, co to znaczy, więc nawet nie zapyta.

— A wy będziecie wiedzieć?

— To nieistotne. Też nawet nie zapytamy. — Diabeł Dyrektor wyszedł zza biurka i ruszył w stronę wrót. — C.H. Aron, zabierz mnie do szefa wszystkich szefów — polecił.

 

— Takie szukanie na chybił-trafił kiepsko mi się widzi — zauważyła Niezła Agentka nie odrywając lornetki od oczu. Wolną ręką uprzątnęła spod siebie gniotący ją kamyk. Leżała na skale wystawiającej swój czubek ponad wysoką trawę, tuż pod wierzchołkiem zielonego wzgórza. Hen, w dole, jak okiem sięgnąć, rozciągała się szeroka dolina rozcięta błękitną smużką gnącej się w zakolach rzeki. W jednym z nich, na piaszczystej plaży widniał obóz wojskowy. Ze składających się nań zabudowań co chwilę wybiegały grupy uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy wskakiwali do porozstawianych w pobliżu pojazdów — jeepów, wozów bojowych, ciężarówek — i ruszali z impetem drogą w górę rzeki. W zwolnionych miejscach po niedługim czasie materializowały się nowe samochody, obsadzane przez kolejne fale pojawiających się wewnątrz zabudowań żołnierzy. Niezła agentka poprawiła sobie słuchawki i towarzyszący im mikrofon. — Powinniśmy opracować jakiś system pracy.

— W swoim czasie, bejbe. — Niemały Książę siedział w niewielkiej kawiarence pochylony nad notebookiem, do którego były podłączone jego słuchawki i mikrofon. Obok parowała z filiżanki aromatyczna kawa. — Na razie musimy działać na takim sprzęcie i na takich procedurach, jakie Wydział ds. Nowych Technologii zorganizował nam na start.

— Wszystko w porządku? — zapytała kelnerka mijając jego stolik. — WiFi dobrze działa?

Niemały Książę błysnął do niej klawiaturą swoich wielkich zębów.

— Jak najbardziej — odparł, prezentując oba kciuki wyprostowane w geście zadowolenia. — Dziękuję.

— Kto to był? — zainteresowała się Niezła Agentka.

— Jesteś zazdrosna o dziewczynę z kawiarni, bejbe?

— Nie bądź śmieszny — żachnęła się i wróciła do metodycznego skanowania okolicy obozu wojskowego. Jej uwagę przykuło zamieszanie w pobliżu jednego z baraków, jakie zrodziła śmierć kilku żołnierzy. Ledwie zdążyła przybliżyć obraz, gdy na ziemię padł kolejny. Zdjęła słuchawki i zamarła w bezruchu, w oczekiwaniu na następną ofiarę. Nie musiała długo czekać. Odwróciła lornetkę za źródłem odległego wystrzału. W polu jej widzenia pojawił się napastnik, zamaskowany w zaroślach na jednym z pobliskich wzgórz. Niezła Agentka założyła słuchawki z powrotem. — Mam spawn campera — zakomunikowała i spojrzała na niewielki ekranik zamocowany przy okularze. — Podaję ci jego IP. Zdekoduj.

— Już się robi — potwierdził Niemały Książę i niewprawnymi palcami zaczął stukać po klawiaturze. Zabrało to chwilę, nim skończył. — Dobra, mam jego adres. Zwijaj się, bejbe.

 

Przez zaciągnięte zasłony przenikało do pokoju tak mało światła, że wszechobecny brud dało się odczuć bardziej węchem niż wzrokiem. Płaski, panoramiczny monitor rozświetlał wpatrzoną w niego młodą twarz i niewiele poza nią. Chłopak mógł mieć nie więcej niż 20 lat. Długie włosy, rzadki, a i tak od dawna niegolony zarost. Na zajmującym pół ekranu celowniku optycznym widniał obóz wojskowy, który drgał w takt poruszeń karabinu snajperskiego. Co chwilę z rozstawionych po pokoju głośników dochodził huk wystrzału i następujące po nim przeładowanie broni. Co kilka wystrzałów chłopak odrywał dłoń od myszki i sięgał na ślepo albo do rozdartej torebki po garść chipsów, albo po stojącą obok butelkę coli.

Za nim, po obu stronach jego pleców zmaterializowały się ludzkie cienie. Wyższy z nich położył masywną dłoń na ramieniu chłopaka i zagrzmiał głosem Niemałego Księcia:

— Nie odwracaj się.

Może chłopak nie zrozumiał któregoś z tych trzech słów, a może powód jego reakcji był zupełnie inny, gdyż zerwał się na równe nogi, rzucił się do okna i zdarłszy z niego zasłonę, odwrócił się.

Niezła Agentka jedną ręką przesłoniła oczy przed nagłą wizytą słońca, w jej drugiej ręce pojawił się wycelowany w chłopaka pistolet.

— T... t... to wy? — wyjąkał osaczony.

— Co znaczy: to wy? Idziesz z nami — wyjaśniła. — Poniekąd.

— O... o... co chodzi?

— Zostałeś przyłapany na... — Niemały Książę otworzył trzymany w ręce notebook — czynieniu bliźniemu swemu tego, co tobie niemiłe — przeczytał. — Przestań skakać jak potępiony, nic to w twojej sytuacji nie zmieni.

— T... t... to jest niedorzeczne!

— To samo mówili o Koperniku.

— O... Koperniku!?

Niemały Książę odciął się zniecierpliwionym gestem od ewentualnego dalszego ciągu dyskusji.

— Masz ze sobą jakieś drobne? W sensie: pieniądze?

Chłopak trochę jakby się uspokoił. Sięgnął do kieszeni w spodniach i wyjął portfel.

— Znaczy... to jest napad rabunkowy?

— Nic o tym nie wiemy — odparł Niemały Książę i skinął głową swojej koleżance. — Będą ci potrzebne dla C.H. Arona.

Niezła Agentka odciągnęła kurek swojego pistoletu i zastrzeliła chłopaka.

 

Fajerłol, zaciekawiony dawno nieoglądaną sytuacją, ostrożnie wystawił z kosza swoją ocalałą głowę. C.H. Aron wyprowadził ze swojej czarnej motorówki duszę chłopaka i podszedł z nią do masywnych wrót. Niemały Książę uchylił jedno skrzydło i wpuścił ich do środka, po czym pstryknął palcami w świeżutką, szczerozłotą tabliczkę, przykręconą do dębowych desek. „Czwarty krąg Piekła, Wydział VR” głosił wyryty na niej napis.

— Brzmi nieźle — zauważył i spoczął obok siedzącej na pomoście Niezłej Agentki. — Pierwsza robota za nami. Fajrant.

— Czy my trochę nie przesadziliśmy? Mam pewne wątpliwości natury moralnej... — westchnęła dziewczyna.

— Nie musisz ich mieć. Pracujesz po właściwej stronie.

— Widzisz... jak kogoś zabijasz w grze, to on dalej żyje. W samej grze żyje jeszcze parę razy, nie wspominając, że w realnym życiu nie dzieje mu się wiele złego i dalej żyje...

— ... aż do śmierci. A potem i tak przeważnie ląduje w Piekle. — Niemały Książę wyjął z kieszeni cygaro wraz ze swoją nową zapalniczką. — Jeśli myślisz, że wyrządzona krzywda jest różnego kalibru w zależności od otoczenia, w którym się ją wyrządza, pogadaj o tym z szefem. Tylko przygotuj się na dłuższy wykład, bo relatywizm moralny to jego konik. Zresztą, czy te kilkanaście, bądź kilkadziesiąt lat zwłoki przed nieuchronną śmiercią robi jakąś różnicę w obliczu wieczności? — Odskakujące wieczko zapalniczki trzasnęło metalicznie. — Poza tym, szef wszystkich szefów zaakceptował nasz projekt niemal z entuzjazmem, jak słyszałem, a to najlepszy ze znanych mi moralnych dupochronów.

— Ciągle... zabiłam chłopaka tylko za to, że zabijał wyrenderowane ludziki.

— Bejbe, a jeśli urwę głowę tobie, to zabiję człowieka, czy wyrende-coś ludzika?

Niezła Agentka wzruszyła ramionami.

— Skąd ty bierzesz te cygara? — zmieniła temat. — Zdajesz się sporo ich palić.

— Znajomości — uśmiechnął się szeroko. — Kumpel z Wydziału ds. Względności Czasu mi je organizuje, niezupełnie legalnie. Nie wsypiesz mnie, partnerko?

— Nie sądzę, żebyś ty kiedykolwiek przez kogokolwiek został wydany.

Niemały Książę wyprężył dumnie tors i zapalił.

« Pandemonium (2/3) «

» Ale czad »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori