∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 12. Przystań

« Rozdział 11. Tomek «

» Rozdział 13. Gaja »

Tak jak to zaplanowałam poprzedniego dnia, przed obiadem wybraliśmy się do miasta. Do kuferka na bryczkę zapakowałam kanapki, butlę kwaśnego mleka (już wiedziałam, jak ono Ci smakuje, Kochanie) i paczkę nadziewanych ciastek. Taki zestaw ratunkowy na wypadek, gdybyśmy się zrobili głodni w podróży — godzinę jazdy wte i drugą wewte trzeba było liczyć. Pogoda dopisywała już czwarty dzień z rzędu — słońce, ledwie kilka białych chmurek na niebie, delikatny wiaterek. Jechaliśmy siedząc na koźle obok siebie. Tyle miałam do Ciebie pytań, tyle chciałam się o Tobie dowiedzieć, Kochanie, ale wiedziałam, że będziesz Arturem Gustafsonem, kapitanem floty z Północnych Rubieży, dopóty, dopóki sam nie zechcesz tego zmienić. Najważniejsze było to, że byliśmy razem.

Gdy przejeżdżaliśmy koło krzywej brzozy i powiedziałam Ci, że właśnie tu Cię znalazłam, poprosiłeś, żebyśmy się zatrzymali. Tak jak przed paroma dniami, uwiązałam konie do drzewa, a potem poszliśmy oboje na polanę. Stałeś wyprostowany, przyglądałeś się pękniętemu drzewu, które teraz zaczynało już usychać i ni stąd ni zowąd pociekły ci łzy. Trwało to moment, obtarłeś twarz chusteczką, którą Ci podałam i przeprosiłeś mnie. Tak jakbyś miał za co mnie przepraszać, moje Kochanie...

— W tym... wypadku, czy cokolwiek to było, straciłeś kogoś bliskiego? — Spytałam, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo boję się odpowiedzi. — Kobietę?

— To nie był żaden wypadek, Anno. Ale nie będziemy o tym rozmawiać, dobrze? Przynajmniej na razie.

— Dobrze. Arturze.

I wtedy w bujnej trawie coś dostrzegłeś. Podszedłeś parę kroków i podniosłeś podłużny, metalowy cylinder owinięty pośrodku czarną taśmą. Dziwny przedmiot, który wyglądał, jak tubka na małe dokumenty lub rękojeść miecza — moja wyobraźnia zaczęła mi podsyłać obrazy. Na Twoją twarz powrócił uśmiech.

— To coś cennego? — Powiodłam wzrokiem za cylindrem, jak go chowałeś do kieszeni.

— Przydatna rzecz. Kiedyś ci pokażę. — I rzeczywiście parę dni później tak się stało.

Do miasta wjechaliśmy przez niską, szeroką Bramę Myśliwską i przejechaliśmy wzdłuż gęsto upakowanych za nią straganów z wędlinami i owocami. Helenka Holubcova wyciągnęła do mnie rękę z pętem kiełbasy.

— Pani Aniu! Świeżo wędzony dzik mieszany ze świnką! Nie będzie na teraz, będzie na za dwa miesiące. Poleży. Jak dla pani, trzy pęta za dwa dolary.

— Dziękuję, pani Holubcova. Jak będziemy wracać, zatrzymamy się u pani — odparłam i udałam, że nie widzę, jak Cię taksuje wzrokiem od głowy po pupę. Puszczonego do mnie oka również nie zauważyłam.

Za przysadzistym, dwupiętrowym budynkiem cechowym skręciłam w główną ulicę. Przecinała ona całe miasto szerokim pasem równego bruku, biegnąc aż do przystani. Głowa goniła Ci na prawo i na lewo, Kochanie. Studiowałeś kolorowe kamieniczki, mieszczące na górze mieszkania i urzędy, na dole sklepy i kawiarnie. Przyglądałeś się kolorowemu tłumowi ludzi, przelewającemu się po chodnikach odgraniczonych od ulicy równym szeregiem drzew. Nasz Teatr, drugi co do wielkości budynek w mieście, zaraz po Ratuszu, przykuł Twoją uwagę na tyle, że zatrzymałam przy nim bryczkę.

— Piękne miasto, Anno. — Odezwałeś się w końcu. — Nazwę jakąś ma?

— Hochberg. Ale mało kto tak o nim mówi. To jedyne miasto na naszej wyspie, więc mówimy o nim po prostu: miasto. Ale to już wiesz. — Uśmiechnęłam się, a Ty zatrzymałeś spojrzenie na mojej twarzy na dłużej. — Pojedziemy teraz na przystań. Chciałabym, żebyśmy zjedli obiad w tawernie. Lubię to miejsce. Mimo wszystko.

Mimo to, że tam po raz ostatni widziałam matkę i brata. Nie byłam jeszcze gotowa, żeby Ci o nich opowiedzieć, Kochanie, ale chciałam, żebyśmy usiedli przy tym samym stoliku. Ja na tym miejscu, co wtedy, Ty po stronie matki i brata.

Bryczkę zatrzymałam na przystani, pod stajnią przy biurze armatora. Stąd było już widać i nabrzeże, i rozciągające się za nim po horyzont Morze Mgieł. Było niespokojne, a bałwany mgły uderzały o skały zauważalnie wyżej, niż w poprzednim tygodniu. Przy przystani dumnie kołysał się na cumie pasażerski sterowiec o lśniąco białym balonie. Obok niego gromadził się tłumek osób z bagażami, oczekujących wejścia na pokład.

Drugi, handlowy z błękitnym balonem, zbliżał się szybko znad Morza i zniżał lot do lądowania przy akompaniamencie pokrzykiwań pracowników nabrzeżnych. Bryza była zbyt silna, sterowiec miał wyraźne problemy z wytraceniem prędkości. Z pokładu poleciały w stronę przystani trzy awaryjnie wystrzelone kotwice. Dwie wbiły się w nadmorskie skały, jedna roztrzaskała deski pomostu i zaczęła je zrywać z trzaskiem i hukiem, jedna po drugiej. Jęknęły naprężone liny, sterowiec zwolnił, lecz wciąż znajdował się na kolizyjnym kursie ze wznoszącą się przy nabrzeżu tawerną.

— To tam idziemy, Anno? — Spytałeś w chwili, gdy pierwsza z lin pękła, zawodząc niczym zerwana struna.

Przytaknęłam. To, że obiad będziemy jeść gdzie indziej, było niemal pewne. Zaalarmowani hałasem ludzie wyskakiwali z tawerny drzwiami i oknami. Na przystani zrobił się harmider. Pękła druga lina, a jej kurczący się błyskawicznie fragment o długości kilkudziesięciu stóp, przybity kotwicą do pomostu, skosił z nóg kilku uciekających z doku marynarzy. Jeden z nich został na deskach zwijając się z bólu. A wtedy wiatr powiał nagle od strony lądu, wyhamował sterowiec i cofnął go na bezpieczną odległość. Zaległa cisza. Do rannego podbiegł portowy lekarz. Kilkunastu pasażerów uklękło na przystani i zaczęło się modlić w podzięce do Bogów w Dobrym Niebie.

— Widziałeś to? — Ręką zakreśliłam koło, które miało objąć sterowiec, tawernę i kilka wiatrów na niebie. — Mówią, że cuda się nie zdarzają, a popatrz... — Przytaknąłeś.

Do bryczki podszedł chłopiec stajenny. Zapłaciłam mu z góry za opiekę i za siano dla koni, tak jak mnie tego nauczyła matka. Ty wysiadłeś pierwszy i pomogłeś mi zejść z kozła. Zanim jednak udaliśmy się w stronę cudownie ocalałej tawerny, Twoją uwagę, dotychczas znajdującą się w posiadaniu sterowców, przykuła głośna rozmowa. Przy wystawionym na zewnątrz biura stoliku siedział armator nad rozłożoną musterrolą, w asyście dwóch gwardzistów. Naprzeciw niego stał oparty o blat marynarz. Życie na przystani szybko wracało do swojego normalnego biegu. Wypadki zdarzały się często. Zbyt często.

— Rozmawialiśmy w tamtym miesiącu o przedłużeniu kontraktu. Gdybym wiedział wówczas, że może nie zostać przedłużony, rozejrzałbym się za pracą na innym statku. — Głos marynarza był niski i spokojny, ale głośny.

— Rozmawialiśmy, ale nie podpisywaliśmy. Sytuacja się zmieniła, nie jestem człowiekiem nieomylnym. Kontrakt wygasł. Ale jestem człowiekiem honorowym i pamiętam o zaległych poborach, które ci się należą.

— Jak zaległe pobory mogłyby mi się nie należeć...?

— Przecież mówię, że ci się należą. Co z tobą nie tak? Poza tym miałem dla ciebie propozycję dobrej pracy. Odmówiłeś. Nie jestem człowiekiem, który zmusza ludzi do czegokolwiek.

— Zaproponował mi pan stanowisko mojego rodzonego brata. Jeśli dla niego miałby pan pracę równie dobrą lub lepszą, objąłbym je. A tak... nie zabiorę pracy własnemu bratu.

— Nie tłumacz się. Tłumaczą się winni, a ty postąpiłeś w zgodzie ze swoim sumieniem i umiem twoją decyzję uszanować.

Marynarz westchnął, wyprostował się i potoczył wzrokiem po przystani.

— Chodzi o incydent z piwem, prawda? Zapewniał mnie pan wówczas, że nie wpłynie on na przebieg mojej służby. Był to wypadek niezależny ode mnie. Pańskie własne słowa.

— Źle uwiązane 50 beczek spada w Morze. Subtelnie to ująłeś: wypadek. Czy incydent.

— Zgodnie z umową nie ponoszę odpowiedzialności za błędy załogi nie znajdującej się pod moim bezpośrednim zwierzchnictwem.

— Oczywiście. Dlatego nie każę ci pokrywać kosztów utraconego ładunku. Na co zresztą potrzebowałbyś dobrego roku. Jestem człowiekiem sprawiedliwym. To, że twoja umowa wygasła, to inna sprawa. A to, że odmówiłeś współpracy w śledztwie, to jeszcze inna.

— Powiedziałem, że nie wiem, kto mocował ładunek.

— Tak powiedziałeś i ja w to wierzę. Jestem człowiekiem życzliwym, jak widzisz. — Armator sięgnął do stojącej pod stołem kasy i wyjął z niej garść monet, odliczył część i położył na blacie przed marynarzem. — Oto twoje zaległe pobory. Życzę powodzenia w przyszłej pracy. Jesteś dobrym fachowcem, bez trudu ją znajdziesz, jestem o tym przekonany.

— 20 dolarów? Winien mi pan jest 140. — Rosły marynarz wyglądał, jakby uszło z niego trochę powietrza.

— Potrąciłem ci od razu za piwo wypite w trakcie rejsu, żeby załatwić wszystkie formalności bez niepotrzebnej zwłoki. Jestem człowiekiem racjonalnym.

— Przecież piwo dla załogi jest darmowe!

— Proszę nie krzyczeć. Nie w przypadku, gdy analogiczny ładunek znika w Morzu. To przecież oczywiste. Ty uważasz inaczej?

— Proszę, chodźmy już — zaproponowałam. — Nic tu po nas.

— Widzisz tego pracodawcę, Anno? Nie ma sobie nic do zarzucenia. Uważa się za dobrego człowieka.

— Ludzie są jacy są, Arturze, każdy ma swoją rację. Nie bądź taki prędki w osądzaniu ich; Teresa robi podobnie i denerwuje Cię to. — Skrzywiłeś się. — Tylko Bogowie mogliby na to coś poradzić, ale oni wydają się jeszcze na coś czekać. Może czekają, aż ludzie sami staną się lepsi?

Stary karczmarz, pan Matsuyama, zajął się nami osobiście. Mnie przywitał po imieniu, skłonił się przed Tobą i zaprowadził nas na taras z widokiem na port. Posadził nas przy moim ulubionym stole, przyjął zamówienie na dwa kufle własnego piwa i zostawił nam dwie karty. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, bokiem do nabrzeża — stamtąd mogliśmy patrzeć na przychodzące i odchodzące sterowce. Port mieścił się w niewielkiej zatoce, dzięki czemu dobrze było widać urwiste skały ginące daleko w dole, w skrzącym się barwami tęczy, niezmiennie pięknym Morzu Mgieł. Na horyzoncie majaczył zarys sąsiedniej wyspy, luksusowego kurortu, o którym Teresa tyle razy mi opowiadała. Naszej rodziny nigdy nie było stać na taką ekstrawagancję, by tam polecieć.

— Anno, co znajduje się pod powierzchnią morza?

— Nie wiem. — Ocknęłam się z zamyślenia. — Chyba nikt tego nie wie. Morze zabija wszystkie żywe organizmy. Może są tam jakieś pozostałości świata Pradawnych, ale na pewno w bardzo kiepskim stanie. Drewno, które zetknie się z powierzchnią Morza, tleje w oczach, a żelazo koroduje.

— Morze się nigdy nie podnosi?

— Nie. Dlaczego miałoby się podnosić? Zresztą nawet tak nie mów, ani tak nie myśl, Arturze. To by oznaczało śmierć dla nas wszystkich. Czasem podczas sztormów zdarza się, że morska fala wyleje na brzeg. W takim miejscu już nigdy nic nie urośnie.

Pokiwałeś głową i zainteresowałeś się menu. Gdy pan Matsuyama wrócił do nas, nasze zamówienie było już gotowe: dla mnie golonka zapiekana w piwie, dla Ciebie ozorki w sosie chrzanowym. Kochanie, brzydziłam się na samą myśl o tym, że Ty to będziesz jadł. Kurczę, myślałam nawet o tym, jak ja Cię będę całować, gdy już się będziemy całowali...

— Arturze, jak możesz jeść coś, co krowa miała w gębie?

— To jest najdelikatniejsze, najchudsze, najsmaczniejsze mięsko z całej krowy. Może się dasz skusić, Anno? — Uśmiechnąłeś się zachęcająco. — Tak z zamkniętymi oczami.

— Fuj...

— Koniec końców, ty planujesz zjeść kawałek uciętej świńskiej nogi.

— To co innego. Nie skusisz mnie.

A jednak mnie skusiłeś — nigdy nie pojęłam, jak Ty to robisz, Kochanie, że tak trudno było odmówić Ci czegokolwiek. Zresztą, gdy porównałam swoją golonkę otoczoną skórą, ze sterczącą ze środka kością, z Twoim ozorkiem, pociętym w plasterki, wyglądającym jak delikatna pieczeń skąpana w jasnym sosie, musiałam przyznać, że w Twoim sarkazmie drzemała odrobina prawdy. Ozorek był rzeczywiście pyszny, ale i tak nie przestałam się go brzydzić.

Milczenie, w którym jedliśmy, przerwałeś dziwnym pytaniem.

— Pani McCornick handluje perfumami, pani Holubcova wyrabia wędliny z dziczyzny, pan Matsuyama serwuje golonkę i ozorki. To jest... normalne, Anno?

— Ich wszystkich znam od dziecka. A oni mnie. Tu wszyscy się znają, bo to nie jest ani szczególnie duże miasto, ani bardzo duża wyspa. — Patrzyłeś na mnie badawczo. — Chyba nie rozumiem twojego pytania, Arturze.

— Okej — machnąłeś ręką.

Zjedliśmy wszystko. Z resztek przystrojenia ułożyłam na swoim talerzu kwiatek w podziękowaniu dla kucharza, Ty swój talerz niemal wylizałeś, Kochanie. Powiedziałeś wtedy, że branie na talerz więcej, niż się jest w stanie zjeść, świadczy o olbrzymim egoizmie. Jeśli jakieś zwierzę zostało zabite, a roślina ucięta, należy się im przynajmniej tyle szacunku, by je zjeść ze smakiem, na własny pożytek, a nie wyrzucać ich życie na śmieci. Cieszyłam się, że tak myślisz.

Pan Matsuyama upewnił się, że jesteśmy zadowoleni, zaproponował deser, za który podziękowaliśmy i zostawił nas przy niedopitym piwie. Zauważyłeś, że przyglądam się Twoim dłoniom.

— Nigdy nie pracowałem fizycznie. — Upiłeś łyk z kufla. — To znaczy: w tym wcieleniu.

— Co to znaczy: wcielenie?

— Nie wierzysz w reinkarnację, Anno?

Wtedy zacząłeś, moje Kochanie, odkrywać nieznacznie swoje karty. Niestety kompletnie nie rozumiałam ich znaczenia. Napełniało mnie to obawą; nie było to jednak takie ważne. Ważne było tu i teraz, spore znaczenie dla mnie miało to, co będzie. Starałam się, żeby to, co było, nie miało żadnego.

— Co to znaczy?

— To dłuższa opowieść. — Spojrzałeś na krzątającego się po wnętrzu tawerny pana Matsuyamę. — Innym razem, dobrze?

— Wiesz, Arturze, że możesz zostać u nas tak długo, jak będziesz chciał?

— Wiem. Dziękuję ci za to. Nie mam pomysłu, co ze sobą zrobić, ani dokąd miałbym się udać. — Potoczyłeś wzrokiem po morzu, po mieście, po okalających je wzniesieniach. — Jestem tu i teraz. Tylko będziemy musieli zrobić coś z pieniędzmi. Rozejrzę się za jakąś pracą dla siebie.

— Z głodu nie umieramy, nie ma pośpiechu.

— Ja się będę czuł lepiej, gdy będę mógł... na przykład zapłacić za obiad. Umiem dobrze robić różne rzeczy.

Co do tego nie miałam, Kochanie, najmniejszych wątpliwości.

Gdy wracaliśmy do domu, zrobiło się chłodniej — rozmowa z panią Helenką przy okazji zakupu kiełbasy też chwilę musiała potrwać. W lesie panował już mrok. Zauważyłeś, że jest mi zimno i objąłeś mnie ramieniem. To była najpiękniejsza chwila w moim dotychczasowym życiu. Wtuliłam się w Ciebie udając, że przysypiam, a Ty wziąłeś ode mnie lejce i prowadziłeś konie pewnie i swobodnie, jakbyś nic innego nie robił od urodzenia. Moje serce ufało Ci bezgranicznie i nawet jeśli mój rozum miał własne zdanie, on też wiedział, co powiedziała mi matka, gdy zaczęłam dorastać: bądź mądra, córuniu, ale słuchaj raczej serca. Czułam się przy Tobie naprawdę bezpieczna, a przecież nie wiedziałam o Tobie prawie nic, kapitanie Arturze Gustafsonie, moje Kochanie.

« Rozdział 11. Tomek «

» Rozdział 13. Gaja »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori