∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 11. Tomek

« Rozdział 10. Aniołowie «

» Rozdział 12. Przystań »

Wieczór zastał nas przy tym samym barze, przy którym usiedliśmy na góra dwie banie jakieś osiem godzin wcześniej. Cały czas siedzieliśmy na tych samych niewygodnych stołkach, a zbyt młoda barmanka dość dawno przestała pytać się, czy „na pewno?”.

— Czemu nie kazałeś czymś przykryć tych zwłok rano? — spytałem nie tyle z ciekawości, ile z powodu wyczerpania innych tematów. O tym, ile Joaśka potrafi wydać za jedną wizytą w supermarkecie, nie miałem już siły słuchać.

— Niech się gówniarze napatrzą na kolegę. — Tomek wykonał niesprecyzowany gest, który nie wyrażał nic ponad to, że byliśmy bardzo pijani. — Może jednemu na sto drgnie jakaś komórka w mózgu i zastanowi się, czy: a) chciałby po śmierci wyglądać właśnie tak; b) jaką minę będzie mieć matka, gdy jej syna wkładać będą do trumny w szczelnym worku foliowym. Krzywda im od tego nie będzie.

— Tobie może być krzywda, jak ktoś to poda do raportu.

— Raz: mam to w dupie. Dwa: niby kto? Lekarz z pogotowia, któremu się tyle organów zmieliło, starło i pogniotło? Strażacy, którym się nawet krwi dobrze posprzątać nie chciało? Czy moi podkomendni, którzy by mnie po nogach całowali, gdybym im załatwił, żeby choć jednego dnia nie chciało się im na służbie rzygać?

— Ja na przykład.

— Teraz to pierdolisz. Do ciebie mam większe zaufanie niż do własnej matki.

— Bo mnie nie znasz.

— Bo cię znam. Przestań się idiotycznie przekomarzać, tylko opowiedz lepiej, co ci ta twoja Ewa zrobiła, że masz taki szczególny humorek dzisiaj?

— Nie.

— Okej. Tylko pamiętaj: dziesiąty raz nie zapytam.

Wypiliśmy. Barmanka znów uzupełniła kieliszki wódką.

— Każdy gówniarz, który zaczyna jeździć na motorze — wrócił do tematu Tomek — powinien zrobić prosty eksperyment. Ubrać na swoje nieśmiertelne ciało supernowoczesny kombinezon, który chroni kręgosłup przed złamaniem. Na swój inteligentny łeb, zapewniający mu niezrównaną ocenę sytuacji, wsadzić doskonały kask, który nie dopuści nawet do wstrząśnienia mózgu. A następnie powinien w tym wszystkim wyskoczyć z okna na beton, dajmy na to tylko z drugiego piętra, żeby przeżył. A potem niech leżąc na wyciągu zastanowi się, jak by to było, gdyby wyskoczył nie z drugiego, ale z dziesiątego piętra — to ciągle będzie słabsze uderzenie niż przy wypadku. Czego tu, kurwa, nie rozumieć? Człowiek ma zbyt wolne reakcje i zbyt delikatne ciało, żeby wsiadać na ścigacze.

— Myślę, że właśnie tego nie rozumieją. Poza tym... niektórym może po prostu nie zależeć na życiu. To się zdarza w młodym wieku.

— Bruno... jak miałem osiemnaście lat, naprawdę chciałem popełnić samobójstwo. Przez dziewczynę, oczywiście. Odechciało mi się żyć i już. Wiesz, dlaczego się wówczas nie zabiłem?

— Bo byłeś ciekaw, co się w twoim życiu może jeszcze wydarzyć, jeśli będziesz żył?

Tomek skinął głową z aprobatą i odwrócił się do barmanki.

— Jak masz na imię?

— Aśka. Tak jak pańska żona. — Dziewczyna miała ładny, niski głos.

— No i dobrze. A to jest mój przyjaciel, Bruno. Nawet po pijaku ma mózg.

— Mój tata mawia, że jak ktoś jest durny po pijaku, to jest durny i na trzeźwo.

— I powiem ci, że twój stary ma, kur... czę, rację!

Wznieśliśmy toast za rację ojca barmanki Aśki. Zaśmiała się, polała nam następną kolejkę i przyjrzała się nam uważniej. Mnie znacznie dłużej. Podobała mi się w swoich krótkich, ciemnych lokach, okalających smukłą, śniadą szyję; w sukience z frywolnie opuszczonym ramiączkiem — i widziała to, że mi się podoba.

— Wierzysz, Tomek, w reinkarnację? — Coś musiałem powiedzieć, żeby przestać się patrzeć na dziewczynę.

— A dlaczego miałbym wierzyć? Jestem przykładnym katolikiem, który chodzi do kościoła na Wielkanoc, a czasem nawet na Pasterkę, jak nie zapije.

— To nie ma nic do rzeczy. Jak pamiętam, to, że Kościół nie uznaje reinkarnacji, zostało ustalone drogą głosowania tysiąc kilkaset lat temu.

— Aha. Byłeś tam?

— Właśnie o to mi idzie. Być może.

Tomek westchnął.

— Uwielbiam, gdy po paru kieliszkach zbiera ci się na te ateistyczne gadki. Ale nie przejmuj się, i tak cię lubię.

— Na tym świecie nie ma ateistów. Każdy w coś wierzy, bo tak już jest skonstruowana nasza dusza. Pytanie tylko w co. Jeśli ja na ten przykład nie wierzę, że Jezus był Chrystusem, nie oznacza jeszcze, że nie wierzę w nic. Wierzę na przykład, że nie powstaliśmy na drodze ewolucji. I wierzę w reinkarnację. — Tomek rzucił barmance spojrzenie „patrz, jak ja cierpię”. — Widziałem to.

— Miałeś widzieć. Cały świat wierzy w Chrystusa, a ty w reinkarnację. Dla mnie ok.

— A i tu się mylisz. Większa część świata, większość religii i systemów etycznych uznaje reinkarnację za podstawowy element mechaniki ludzkiego życia. A opowieść o zmartwychwstaniu też można odczytać, jako przypowieść o reinkarnacji.

— Podstawowy element mechaniki ludzkiego życia — przedrzeźnił mnie. — Sam jesteś podstawowy element.

— Zresztą nie tylko ludzkiego. Po prostu wszystko, co żyje, rodzi się dzięki temu, że otrzymuje od jakiejś wyższej istoty trochę jej własnej energii. Gdy zdoła się wspiąć na poziom równoważny tej wyższej istocie, nazywajmy ją dla uproszczenia Bogiem, oddaje mu tę energię, jednoczy się na powrót ze światem i to nazywamy nirwaną. Czy to nie jest według ciebie logiczniejsze, niż to, że po śmierci pójdziesz pod ziemię smażyć się w kotle ze smołą?

— Dzisiejszy motocyklista usmażył się jeszcze na powierzchni.

Zaśmialiśmy się obaj. Barmanka Aśka skrzywiła się z niesmakiem.

— I możliwe, że upłynie dużo wody, zanim znów inkarnuje w człowieka. Nie można sobie popsuć karmy bardziej, niż nie szanując życia. Bo to jest największy dar, jaki otrzymaliśmy od Boga, czy kogokolwiek, kto nam go dał. Kościół wyrządził ludziom wielką krzywdę, zabierając umierającym reinkarnację.

— Tu i ówdzie masz rację. Gdzie indziej musiałbym się zastanowić. — Tomek spojrzał na zegarek. — Ale jest już bardzo późno, a ja jestem kompletnie pijany. Poza tym stęskniłem się za swoją rozrzutną żoną i mam nadzieję, że nie zrobi mi zbyt dużej awantury.

Wypiliśmy za to, żeby nie zrobiła.

— Idziesz, Tomek?

— Idę. Ty zostajesz?

— Jeszcze bym wypił parę kieliszków.

— Musisz, wypij. Ale proszę cię, nie wracaj po pijaku samochodem. Stać cię na taksówkę. — Skinąłem głową, była to obietnica. — Jeżdżenie po pijaku podpada pod nieszanowanie życia?

— Podpada.

Tomek też skinął głową i rzucił do barmanki:

— Zamów mu tę taksówkę, jak będzie pora. — I poszedł.

W knajpie zostałem tylko ja i ona. Wzięła kieliszek Tomka, postawiła go przed sobą i nalała nam obojgu. Wypiliśmy bruderszaft.

— Pomóc ci zapomnieć o tej twojej Ewie?

— Myślisz, że dasz radę? — spytałem dość głupio a nawet niegrzecznie.

Wyszła zza baru, podeszła do drzwi wejściowych i zamknęła je, po czym zaciągnęła na nie kotarę. Patrzyłem za nią, jak się wprawnie porusza na swoich wysokich obcasach, jak jej opalone nogi kończą się nie za dużą, nie za małą pupą, zerkającą na mnie spod zbyt krótkiej sukienki. Odwróciła się do mnie, jednym ruchem ściągnęła sukienkę przez głowę i odrzuciła ją na stolik przy wejściu. Podeszła całkiem naga, stukając po posadzce obcasami. Patrzyłem na jej szyję, na jej młode piersi, na płaski brzuszek, gładko ogolone łono, na jędrne uda, bardzo ładne kolana, kształtne łydki, szczuplutkie kostki i na małe stopy przywiązane do bucików cienkimi paseczkami. Pomyślałem, że tak naprawdę są dziewczyny bardziej atrakcyjne od Ewy.

Kucnęła przede mną, rozpięła mi spodnie i zaledwie po kilku przyjemnych jej ruchach byłem gotowy. Podniosłem się ze stołka, zdjąłem do końca spodnie razem z majtkami, skarpetkami i butami, po czym złapałem Aśkę i odwróciłem ją gwałtownie. Oparła się o bar i zaśmiała. Podobało jej się to.

— Jeśli chcesz do drugiej dziurki, to bądź panem i władcą. Tam też bardzo lubię.

Wszedłem do pierwszej dziurki. Po chwili Aśka zaczęła jęczeć, drapać paznokciami bar i krzyczeć. „Cudownie mnie pieprzysz!”, „Głębiej, mocniej, szybciej, tak, tak, tak, jeszcze!”, „Jest cudowny! Taki twardy, taki długi, tak się napręża i wydłuża!”. A ja myślałem o tym, czy rzeczywiście jest jej tak dobrze, czy tylko udaje. I zastanawiałem się jeszcze, co też Ewa w tej chwili robi.

— Co się stało? — Pytanie dotyczyło bezwładnego kawałka mięsa, który przedwcześnie wypadł z wilgotnej, rozpalonej barmanki Aśki.

— Przepraszam cię. Chyba jeszcze za bardzo kocham Ewę.

— Na pewno. — Poszła po swoją sukienkę i ubrała się. — Albo za dużo wypiłem, panie Mocny w Gębie.

— Napijemy się jeszcze? — Też się ubrałem.

— Nie dzisiaj, nie jutro, nie w ogóle.

Wróciła za bar po telefon i zadzwoniła po taksówkę dla mnie.

« Rozdział 10. Aniołowie «

» Rozdział 12. Przystań »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori