∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 10. Aniołowie

« Rozdział 9. Bruno i Ewa «

» Rozdział 11. Tomek »

Bardzo Ewę kochałem. Byliśmy ze sobą od ponad roku, a ja coraz bardziej czułem, że znalazłem swoją drugą połówkę. Często ona również tak myślała. Francuzi uważają, że miłość rodzi się z dotyku — jeśli ciała dwójki ludzi lubią się nawzajem, ci ludzie się kochają. Był to dodatkowy argument za. Oczywiście mieliśmy swoje lepsze i gorsze dni, a nawet rozstawaliśmy się. Ale, gdy byliśmy razem, do wieczora zawsze udawało się wszystko wyjaśnić, wybaczyć, zapomnieć. A potem kochać się wspaniale, jak nikomu z nas nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Kończyliśmy razem i zasypialiśmy razem. Rankiem, po wspólnym śniadaniu, Ewa szła do swojej pracy, a ze mną bywało różnie, bo byłem na służbie. Czasem cały dzień przesiedziałem w domu, czytając książki, oglądając filmy, robiąc pranie, jeżdżąc na zakupy i gotując dla nas obiad w międzyczasie. Innym razem dostawałem telefon w środku nocy i w ciągu najdalej pół godziny musiałem się znaleźć w pełni przytomny na drugim końcu miasta, nie zapomniawszy zabrać swojego sprzętu.

Moja praca bywała kłopotliwa i Ewa nie raz się ze mną rozstawała. Ale nie z powodu pracy. Dlatego, że nie miała do mnie zaufania. Dlatego, że wyobraźnia produkowała dla niej obrazy tego, co mógłbym robić w czasie, w którym ona nie miała nade mną żadnej kontroli. W głębi duszy wiedziała, że bardzo ją kocham i że nigdy bym jej nie zdradził. Ba! Nawet jeśli obejrzałem się za jakąś dziewczyną to tylko po to, żeby ucieszyć się myślą, że moja jest ładniejsza, zgrabniejsza, bardziej sexy i przede wszystkim mnie kocha. Jednak z czasem głębia jej duszy robiła się coraz mroczniejsza i coraz mniej dało się w niej wyraźnie zobaczyć. Za każdym rozstaniem nasz powrót do siebie robił się mniej oczywisty. A co gorsza, ja robiłem się coraz bardziej zmęczony.

Jedliśmy śniadanie. Ewa siedziała po drugiej stronie stołu, a ja czułem każdą komórką, że nie mogę się do niej zbliżyć, nie mogę jej przytulić, bo mi nie wolno.

— Bruno, ja już dłużej tego nie wytrzymam. Chcę się z tobą definitywnie rozstać.

— Ewuniu... — Znowu czułem, jak serce stara mi się schować w żołądku. Od tego robiło się słabo. — Proszę cię, nie mów tak. Przecież się kochamy, a to jest najważniejsze, co może być na tym świecie.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

— Najważniejszy jest spokój. Szanuję cię. Jesteś przystojnym, inteligentnym facetem, a to rzadkie połączenie. Możesz mieć prawie każdą dziewczynę i wiem, że niejedną miałeś przez czas, gdy byliśmy razem. — Była to tak straszliwa bzdura, że miałem ochotę się popłakać. — Nie zaprzeczaj. Poza tym jesteś facetem samolubnym i porywczym, całe nasze bycie ze sobą, to ciągłe czekanie na moment, w którym w końcu zrobisz mi krzywdę.

— Ewuś, jak ty możesz mówić takie rzeczy...?

— Przejrzałam cię, Bruno. Dobrze wiem, że pod maską twojego uczucia nie ma nic poza dbaniem o własne potrzeby. Manipulujesz mną za pomocą swoich gładkich słówek, jak tylko chcesz. Nie mam już siły dłużej tego ciągnąć.

— Jak to manipuluję!?

— Nie podnoś na mnie głosu, Bruno.

— Czy jak mówię, że cię kocham, to jest to manipulowanie tobą?

— Nie jestem głupia, jak to sobie wyobrażasz. Proszę cię o jedno: żebyś zabrał swoje najpotrzebniejsze rzeczy, które u mnie masz i wyszedł, zanim ja będę musiała wyjść do swojej pracy. Możesz to dla mnie zrobić, czy nie bardzo?

To nie była pierwsza nasza rozmowa tego rodzaju, ale czułem, że ta będzie ostatnia. Przestało mi być niedobrze, nie zależało mi już na tym, żeby cokolwiek powiedzieć. Chyba nie czułem po prostu nic.

— Będzie, jak zawsze, czyli tak jak sobie chcesz.

Zabrałem z łazienki golarkę, a z pokoju laptopa z zasilaczem. Zarzuciłem na siebie marynarkę, sprawdziłem, czy mam portfel, telefon, kluczyki do auta i klucze do swojego mieszkania. Resztę potrzebnego mi do pracy sprzętu woziłem w bagażniku.

— Pa, Ewuś.

— Żegnaj, Bruno. Nie rób takiej miny zbitego psa, bo oboje wiemy, że dasz sobie radę.

Wyszedłem na ulicę i ruszyłem w stronę swojego samochodu — zaparkowanego poprzedniego wieczora, jakimś cudem, o sto metrów od bramy. Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Logiczne by było, gdybym pojechał się napić, ale nawet pić mi się nie chciało. Z odrętwienia wyrwały mnie słowa piosenki.

— Aniołowie, jeśli tylko są... Kryją się w metalowych bunkrach. Takie listy szybko drą. Chcą mnie dziś, chcą mnie widzieć jutro. — Na stopniu sąsiedniej bramy przycupnął stary dziadek z gitarą. Wydał mi się zbyt stary, żeby to śpiewać. Tym mnie ujął. I tymi aniołami. Rzuciłem mu do rozłożonego u jego stóp pudła na gitarę całą setkę. Kwiatów Ewie już kupować nie będę. Pić miałem za co.

— Dziękuję, aniele — odparł nie spoglądając na mnie i dośpiewał drugą zwrotkę. Zatrzymałem się przed nim. — Paru kumpli już tam jest, mówią, że krzyżyk piecze w usta. Nauczeni nie bać się, tylko coś nie pozwala usnąć.

Dobrze mu to szło.

— Danie jałmużny jeszcze nie czyni z nikogo anioła.

— Święte słowa, aniele. — Dziadek podniósł się na nogi i zaczął pakować instrument. Chuchnął w wyjętą z pudła setkę i schował ją do kieszeni.

— Nie będzie pan więcej śpiewał?

— W ogóle pewnie będę. Dziś już nie. — Był gotów do drogi. Popatrzył mi w oczy, w jego spojrzeniu był spokój. — Cieszę się, że cię spotkałem. — I ruszył wzdłuż ulicy.

Miły człowiek. Kilkoma prostymi słowami sprawił, że zrobiło mi się nieco lżej na sercu. Patrzyłem za nim, aż zniknął za rogiem, dopiero wtedy poszedłem do samochodu. Wsiadłem do niego, zamknąłem za sobą drzwi, kluczyki włożyłem do stacyjki. Zadzwonił telefon. Tomek. A dokładniej: inspektor Tomasz Andrzejczak.

— Cześć, Bruno. Jesteś już na nogach?

— Ano hej. Siedzę w aucie.

— Prowadzisz?

— Nie śmiałbym odebrać komórki, panie władzo.

— Widzę, że jesteś w dobrym humorze. — To był taki żart. Tomek znał mnie zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, w jakim jestem humorze, gdy rzucam debilnymi dowcipami. — Jest coś, co ci go na pewno nie poprawi. Zjazd z Siekierkowskiego na Gocław, za ile możesz być?

— Piętnaście minut.

— I bardzo dobrze, bo mięso stygnie. — Tomek najwyraźniej również był w świetnym humorze od rana. — Tylko przyjedź od dołu, pod prąd, bo przez korek się nie przeciśniesz.

Powód, dla którego zostałem wezwany, rozciągał się na dystansie kilkuset metrów. Zaczynał się od leżącej na asfalcie nogi, urwanej w pachwinie. Dalej strażacy zasypywali proszkiem krwawy ślad o długości kilkudziesięciu metrów. Kończący się w miejscu, w którym widniała bezkształtna krwawa masa wylewająca się wszystkimi otworami z czarnego kombinezonu. Auto zatrzymałem na jej wysokości, wysiadłem i zacząłem się rozglądać za głową. Leżała całkiem niedaleko, cały czas w dobrym, drogim kasku, który nie pozwolił jej uszkodzić. Szeroko otwarte, lekko wybałuszone oczy wyrażały zdziwienie. Dwieście metrów dalej, inni strażacy dopiero kończyli gasić roztrzaskany motocykl. Korek na drodze, zastawionej stojącym w poprzek wozem strażackim, ciągnął się już co najmniej na kilometr. Tomek podszedł do mnie w towarzystwie lekarza pogotowia.

— Doktor Wiśniewski. Bruno Grigori, koroner. — Przedstawił nas sobie. — Bruno, plan jest taki: poświadczasz panu doktorowi zgon i jedziemy się napić.

— Nie masz dziś roboty?

— Pierdolę, biorę dzień urlopu na żądanie, cokolwiek. I tak nie dam rady zarabiać kasy w tempie, w jakim Joaśka ją wydaje. — Ani przez chwilę nie pomyślałem, że to motocyklista rozsmarowany po Trasie Siekierkowskiej zepsuł Tomkowi humor. Joanna to żona Tomka. Zwykle mówił o niej: Asia lub Asieńka.

— Okej. — Rozejrzałem się jeszcze raz wokoło. — Doktorze, zgon, której z części mam panu stwierdzić w pierwszej kolejności?

« Rozdział 9. Bruno i Ewa «

» Rozdział 11. Tomek »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori