∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 8. Anna i Artur

« Rozdział 7. Samael i Uriel «

» Rozdział 9. Bruno i Ewa »

Tyle chciałam Ci miejsc pokazać, moje Kochanie, tyle historii opowiedzieć... Wszystko, co było dla mnie ważne, wszystko co sprawiło, że stałam się taką, jaką mnie poznałeś — zakochaną w Tobie od pierwszego wejrzenia, od pierwszego Twojego uśmiechu.

Granica lasu, który porastał większą część naszej wyspy, znajdowała się o trzysta moich kroków od furtki. Trzeba było przejść drugie tyle pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami, by dotrzeć do niewielkiej polany, pośrodku której wznosiła się samotna skała. Miała niecałe sto stóp w obwodzie, nie więcej niż dziesięć stóp wysokości (a taka wydawała mi się kiedyś wysoka) i ciekawy metaliczny połysk. Odkąd byłam małą dziewczynką, przychodziłam do niej bawić się, przekonana, że spadła ona z Nieba i dlatego była tak wyjątkowa. Ojciec powiedział mi wtedy, że gdyby takich rozmiarów kamyk zechciał trafić w nasz Świat, ten rozpękł by się i byłby to koniec. Zrobiło mi się wówczas bardzo smutno i ojciec widząc, że buzia jego córuni wygina się w podkówkę, szybko zmienił wersję: być może to jest dobra skała, która nie chciała zrobić nam krzywdy, więc nadleciała bardzo powoli i delikatnie osiadła w naszym lesie, tak żeby nikt jej nawet nie usłyszał.

To była na pewno dobra skała. I tak ją właśnie nazywałam. Wychodząc z domu mówiłam mamie, że idę się bawić do Dobrej Skały. Mama przypominała, żebym wróciła przed zachodem słońca i wszystko wtedy było takie pełne sensu i pełne ciepła, jak już nigdy później. To znaczy do czasu, kiedy pojawiłeś się Ty.

W zagłębieniach Dobrej Skały układałam ziemię i sadziłam w niej przyniesione z lasu rośliny. Bardziej płaskie fragmenty jej powierzchni stanowiły stoły, krzesła i półki w moim własnym domku, który urządzałam w miarę dorastania. Pod skałą miałam swoją Sekretną Kryjówkę, w której przechowywałam największe swoje skarby, takie jak swój pamiętnik czy lalki, które dostawałam od mamy, na długo zanim zdarzył się wypadek. Pod koniec dnia wdrapywałam się na szczyt skały, by stamtąd patrzeć, jak słońce chyli się za las i by wiedzieć, kiedy tego dnia Dobrą Skałę powinnam opuścić, by zdążyć wrócić do domu o wyznaczonej przez mamę porze. Gdy byłam starsza, odprowadzałam wzrokiem słońce dłużej, aż jego czerwona poświata spowiła korony drzew, a w poszyciu lasu zaczynał gęstnieć mrok. Wyobrażałam sobie w tych chwilach, że kiedyś przyjdzie wieczorem pod Dobrą Skałę mój wymarzony chłopak i tego dnia wrócimy do domu we dwoje. A potem już zawsze będziemy oglądać zachody słońca razem.

Na spacer do Dobrej Skały zabrałam Cię następnego dnia po wizycie Teresy. Śniadanie zjedliśmy w domu, potem ojciec nie chciał słyszeć o żadnych spacerach, zanim raz nie dałeś mu szach-mata, a raz nie pozwoliłeś mu wygrać. Oj, Kochanie, nawet gdy nie chciałeś się do czegoś przyznać, nie umiałeś kłamać i to też mi się w Tobie bardzo podobało. Resztki obiadu z poprzedniego dnia mogły uratować od śmierci głodowej małą wioskę — część z nich spakowałam do koszyka i zabraliśmy je ze sobą. Razem z małym obrusem, talerzykami i sztućcami.

Gdy dotarliśmy na miejsce, długo Dobrą Skałę oglądałeś. Głaskałeś zasadzone przeze mnie krzaczki i przyglądałeś się płotkom mojej roboty, rozdzielającym poszczególne części mojego leśnego domostwa. Sunąłeś palcem po starych, ledwie widocznych rysunkach, wymalowanych na powierzchni skały węglem drzewnym... A potem wróciłeś do mnie i spojrzałeś mi w oczy bardzo głęboko. Wiele lat wyobrażałam sobie, jak dużo czasu upłynie od spotkania mojego chłopaka do pierwszego przytulenia się, do pierwszego pocałunku, do kochania się po raz pierwszy... Jeśli wtedy byś mnie pocałował, całowalibyśmy się po całym ciele, jeśli chciałbyś się ze mną kochać, kochalibyśmy się z całych sił. Ty jednak pogłaskałeś mnie po ramieniu i powiedziałeś:

— Bardzo piękne miejsce, Anno.

— Dziękuję, Arturze. Tak naprawdę to tutaj się w znacznej mierze wychowałam.

— Bawiłyście się tutaj z Teresą?

— Tak, ale rzadko. Znacznie częściej ja przyjeżdżałam do niej do miasta.

Potem wspólnie przyszykowaliśmy nasz obiad — nakryliśmy do niego na samym szczycie skały i zjedliśmy go razem. Schab ze śliwką, chleb, ogórki kiszone i kompot z jabłek. Na deser był mój pamiętnik, którego nie dałam Ci wprawdzie do ręki, ale przeczytałam Ci kilkanaście wybranych z niego fragmentów. Słuchałeś z uwagą, a potem zauważyłeś:

— Teraz, gdy już wiem, gdzie jest Dobra Skała, mogę wybrać się do niej pod twoją nieobecność i sam sobie przeczytać całą resztę twojego pamiętnika.

— Nie zrobiłbyś tego. Wiem o tym.

— Dlaczego?

— Bo jesteś dobrym człowiekiem. Nawet jeśli masz swoje powody, by ukrywać, kim jesteś naprawdę.

— Masz rację, że nigdy nie zakradłbym się do twojego królestwa i nie ograbił cię z niego. Ale obawiam się, że w tej drugiej kwestii mylisz się. Jestem złym człowiekiem.

— Jesteś pierwszym człowiekiem, jakiego poznałam, który sam o sobie, choćby żartem, powiedział, że jest zły. Naprawdę.

Wzruszyłeś ramionami i znów się do mnie uśmiechnąłeś. Wspominałam już o tym, że gdybyś mnie wtedy pocałował, gdybyś chciał się ze mną kochać...? Nie wiedziałam, czemu potrafisz o sobie powiedzieć coś tak niesprawiedliwego, tak niedorzecznego jak to, że jesteś zły. Czułam jednak całym swoim sercem, że czegokolwiek nie dowiem się z czasem o Twojej przeszłości, o tym co takiego zrobiłeś, co tak zaległo na Twoim sumieniu, że przestałeś uważać się za dobrego człowieka, ja przebaczę Ci wszystko. Jednocześnie zaczęłam się lękać. Ale nie Ciebie, Kochanie, czegoś, co czaiło się za Tobą.

— Arturze, nie mów tak o sobie już więcej. Proszę.

Skinąłeś głową i obietnicy dotrzymałeś. Pod Dobrą Skałą spędziliśmy resztę dnia. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym — głównie to ja opowiadałam Ci o naszej wyspie. Popijaliśmy kompot z jabłek i planowaliśmy kolejny dzień, w którym bardzo chciałam pokazać Ci miasto i przystań sterowców. Przed zachodem z powrotem wspięliśmy się na szczyt skały i odprowadziliśmy wzrokiem słońce za las. A potem spakowaliśmy naczynia po obiedzie do koszyka, wziąłeś mnie pod rękę i wróciliśmy do domu. Razem.

« Rozdział 7. Samael i Uriel «

» Rozdział 9. Bruno i Ewa »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori