∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 7. Samael i Uriel

« Rozdział 6. Teresa «

» Rozdział 8. Anna i Artur »

Willa Samaela znajdowała się na stromym, południowym zboczu doliny. Willa to mało powiedziane — był to cały kompleks budynków o jasnych, kremowych ścianach, połączonych tarasami, krużgankami i kamiennymi mostkami. Słońce gościło w niej od wczesnego rana do późnego wieczora. Błyszczała w nim tak, że było ją widać z oddalenia dziesiątków kilometrów. Zresztą z dystansu przywodziła na myśl raczej miasteczko, niż pojedyncze domostwo. Tylko najbogatsi kupcy oraz najwyżsi rangą wojskowi mogli sobie pozwolić na takie mieszkanie. Samael był kapitanem Floty, dowódcą eskadry niszczycieli klasy J — największej z istniejących klas — oraz prawą ręką Komandora. W trudnej do zliczenia liczbie operacji wyciągnął Flotę swoimi manewrami z tarapatów, które mogły przesądzić o jej być-albo-nie-być. Sam Komandor zawdzięczał życie temu najbardziej utalentowanemu ze swoich dowódców przynajmniej dwukrotnie. I umiał to docenić.

Było wczesne popołudnie, gdy Samael siedział na swoim ulubionym tarasie, od wschodniej strony. Szczupły, niewysoki, ubrany w jasną koszulę i w jasne spodnie, z długimi ciemnorudymi włosami, spiętymi w koński ogon. Wyglądał bardziej jak aktor na urlopie, niż kapitan, na którego rozkazach znajdowały się tysiące żołnierzy w ciągłej gotowości. Na stoliku przed nim stała napoczęta butelka wina, dwa kieliszki — jeden już w użyciu — oraz rozłożone karty, których układ z uwagą analizował. Para kochanków, wizerunek nagiej kobiety otoczonej wieńcem z owoców, kościotrup wsparty na kosie oraz trafiona piorunem wieża.

— Cześć. — Powitanie rzucił odziany w biały mundur porucznika Floty, wysoki, barczysty szatyn, który wyłonił się z drzwi na taras.

— Witaj, Urielu. Usiądź. — Samael wskazał przybyłemu krzesło naprzeciw siebie i polał mu wina do kieliszka. — Miałem nadzieję, że zajrzysz, zanim przyjdą rozkazy.

— Średnio udana wróżba, co?

— Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. — Kapitan zebrał karty i odłożył na bok, po czym stuknął się kieliszkiem z porucznikiem. Wypili po łyku.

To, że Uriel przyszedł w mundurze, świadczyło niezbicie o tym, że wizytę składał nie tyle swojemu wieloletniemu przyjacielowi, ile równie wieloletniemu przełożonemu.

— Zajrzałem po tym, jak przyszły. Obaj lecimy na Gaję. I to tak jakby już jutro.

— Dlaczego ja o tym nic nie wiem?

— Bo jak cię znam, masz komunikator wyłączony, zakopany pod poduszką albo rozładowała mu się bateria. Zresztą Komandor też cię dobrze zna i wie, że jak jesteś u siebie, to lepiej od razu przekazać rozkazy przeze mnie, niż próbować się kontaktować z tobą.

Samael wyjął z kieszeni niewielkie urządzenie, którego świecący ekranik dowodził, że było cały czas włączone.

— Nikt się do mnie nie odzywał...

— Sam widzisz. — Uriel zaśmiał się i wyciągnął z kieszeni marynarki kilka złożonych kartek.

Gaja była piękną planetą, a przy tym organizmem niezwykle zdrowym w skali całej galaktyki. Nie było wiadomo, kto się przyłożył do jej narodzin, ale z całą pewnością jej rodzice porzucili ją dawno temu. Może w wyniku swojej samotności, a może z powodu siły nasienia, które ją powołało do życia, bardzo szybko stała się samowystarczalna i wytworzyła niezrównanie bogatą biosferę. Jej własna energia wystarczała dla wzrostu i utrzymania niezliczonych żywych istot, które ją zasiedlały, a które same zdawały się w zamian utrzymywać ją w doskonałej kondycji. Gaja była gotowa do tego, by w krótkim czasie samodzielnie stworzyć na swojej powierzchni istoty inteligentne. A potem również bez niczyjej pomocy rozsiać swoje nasienie po galaktyce. Podobne przypadki osamotnionych planet zdarzały się w przeszłości i zawsze prowadziły do znacznego zachwiania równowagi we wszechświecie. A Gaja wydawała się dużo silniejsza od tamtych. Było to naturalne, że wkrótce po jej odkryciu stała się dla Floty obiektem zainteresowania i troski numer jeden.

Komandor miał już swoje lata i był zmęczony. Podczas swojego sławnego wystąpienia w Senacie najpierw przeprosił wszystkich za racjonalizm, który przez niego przemawia. A potem wprost zaproponował unicestwienie Gai, nie czekając i nie sprawdzając, czy tragiczny scenariusz, którego Senat był świadkiem już wielokrotnie w przeszłości, powtórzy się i tym razem.

Wtedy o głos poprosiła rektor Akademii, Lilith. I spokojnie, z pełną świadomością tego, że Flota znajduje się na usługach Senatu, a Senat jest dzieckiem Akademii, powiedziała Komandorowi: nie. Jej argumentacja była prosta i skuteczna — po raz pierwszy w historii samotna planeta została odkryta w tak wczesnej fazie, jeszcze zanim wytworzyła istoty inteligentne. A fakt ten jest dla nauki okazją, której zaprzepaścić nie wolno ze względu na odpowiedzialność Senatu przed całą galaktyką. Lilith zapostulowała, by rozwój istot inteligentnych na Gai został zapoczątkowany pod okiem Akademii. Eksperyment ten pozwoli rzucić więcej światła nie tylko na mechanikę cyrkulacji energii pomiędzy żywą planetą a organizmami, które wytwarza, ale również ma szansę przybliżyć poznanie historii niejednej galaktycznej rasy. Z ich własną włącznie. Następnie zgłosiła się na ochotnika do nadzorowania zaproponowanego przez nią samą eksperymentu. Senat pomysłowi przyklasnął i oddelegował na Gaję Komandora wraz ze znaczną częścią Floty, by zapewnić przedsięwzięciu niezbędny poziom bezpieczeństwa. Było to dość dawno temu.

Coś jednak musiało pójść nie tak, skoro Komandor zdecydował się przyzwać do siebie Samaela wraz z jego eskadrą, która w tej chwili stanowiła trzon sił obronnych ich własnej planety. Twarz Samaela mroczniała w miarę czytania przekazanych mu przez Uriela dokumentów.

— Komandor nie chce zdradzić, co się naprawdę dzieje. Dowiemy się tego pewnie dopiero na miejscu.

— Skontaktuj się z Lilith — zaproponował Uriel.

— Nie... — Samael wypił jednym haustem cały kieliszek. — Jest na mnie wkurzona i w sumie ma do tego prawo. To, że ja lecę na Gaję, to na pewno nie był jej pomysł.

— Daj spokój. Ona cię kocha.

— Tak? Po tym, jak mało nie zabiłem jej własnego brata, gdy go wziąłem po pijaku za jej kochanka, nie zakładałbym się o to.

— Przecież nic się nikomu nie stało.

— To powiedz to Lilith.

« Rozdział 6. Teresa «

» Rozdział 8. Anna i Artur »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori