∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 6. Teresa

« Rozdział 5. Anna «

» Rozdział 7. Samael i Uriel »

Obudziliśmy się z ojcem niemal równocześnie. Nie odzywając się do siebie ani słowem, podnieśliśmy się — ojciec ze swojego łóżka, ja z jego sofy — i jak najciszej, na palcach ruszyliśmy do mojego pokoju, przez kuchnię. Gdy stanęliśmy w drzwiach, zobaczyliśmy, że łóżko, w którym Cię zostawiłam, było puste. Ojciec odciągnął oba kurki w dubeltówce. A Ty pojawiłeś się za nami, tam skąd przyszliśmy, tam gdzie Cię przed sekundą na pewno nie było. Ojciec nie zdążył się odwrócić, gdy jego broń znalazła się w Twojej ręce — zabrałeś ją ruchem tak szybkim, że nie byłam pewna, czy go widziałam, czy tylko mrugnęłam. Staliśmy tak przed Tobą w pidżamach, bezbronni, a ja myślałam, jak bardzo jest mi przykro wobec ojca. I pomyślałam jeszcze, że mam nadzieję, że na tamtym świecie moja mama i mój brat ciągle na nas czekają.

Ty złamałeś dubeltówkę, wyjąłeś z niej naboje i wszystko odłożyłeś na kredens za Tobą. Uniosłeś otwarte dłonie na wysokość piersi i powiedziałeś coś do nas w języku, którego nie rozumieliśmy, ale Twój głos był miły i spokojny.

— Nie zabijesz nas? — Czułam, ile wysiłku kosztowało ojca zadanie tego pytania.

— Nie — odparłeś i dodałeś też już w naszym języku — strzelbę zabrałem, żeby sytuacja niechcący się nie skomplikowała. — Miałeś przepiękny uśmiech. — Dziękuję, że się mną zaopiekowaliście. Naprawdę.

I jakoś wtedy zemdlałam.

Gdy doszłam do siebie, leżałam w swoim łóżku, a wy siedzieliście obok — Ty trzymałeś na kolanach miednicę z chłodną wodą, ojciec zmieniał mi mokry okład na czoło.

— Anno — tylko przy wyjątkowych okazjach ojciec zwracał się do mnie po imieniu — przedstawiam Ci kapitana Artura Gustafsona z Północnych Rubieży. Dowodzony przez niego sterowiec został trafiony piorunem podczas przedwczorajszej burzy, a on sam wypadł za burtę. Z całą pewnością w ciągu najbliższych dni jego flota przybędzie mu na pomoc, a zanim to nastąpi, pozostanie u nas w gościnie. Przez ten czas tobie opowie o życiu na Północy i o statkach, którymi dowodzi, a ze mną rozegra niejedną partię Szachów, w które grywa namiętnie, odkąd istnieją, jak się wyraził. Może tak być? — Ojciec do mnie się uśmiechnął, a do Ciebie puścił oko.

Zdumiewające, jak faceci czasem potrafią się zakumplować w oka mgnieniu. To znaczy wtedy, gdy jedyna kobieta w okolicy akurat jest nieprzytomna. Byłam przekonana, że Twoja historia, którą mi ojciec opowiedział niemal z wypiekami na twarzy, była zmyślona od A do Z — zapewne stworzyłeś ją w trakcie, jak ojciec opowiadał Ci o naszej farmie, o naszej wyspie, o naszej przystani nad Morzem Mgieł. O Północnych Rubieżach też Ci sam zapewne opowiedział, bo odkąd pamiętam, kolekcjonował wszelkie doniesienia z tego krańca naszego Świata. A niech Cię, Kochanie... miałeś tak piękny uśmiech. I trzymałeś na kolanach wodę z ręcznikami, z których ojciec robił mi okłady.

— Miło mi pana poznać, kapitanie.

W czasie, gdy byłam nieprzytomna, dzwoniła również Teresa, żeby zapowiedzieć się z wizytą. Zwykle w takim przypadku osądzam szansę na to, że rzeczywiście się zjawi, na nie więcej niż jeden na trzy. Znamy się od dziecka. Tym razem jednak z całą pewnością ojciec chlapnął jej o kapitanie Gustafsonie, więc szanse wzrosły do dziesięciu na jeden, jak nic. Teresa jeszcze stanik zdejmowała przez głowę bez rozpinania, a już się oblizywała za wszystkim, co nosiło spodnie.

Tak, obawiałam się wizyty swojej najlepszej przyjaciółki. Ona była wysoką, smukłą, długowłosą blondynką ze zbyt jędrnym tyłkiem i o przepięknych piersiach, których nigdy szczególnie dobrze nie starała się pod dekoltem ukryć. Piękną stanowilibyście parę, diabelsko przystojny kapitanie Gustafsonie. Ja też brzydka nie byłam, ale siano, które nosiłam na głowie, nie udawało się ułożyć ani mojej mamie, ani żadnej fryzjerce, do których chodziłam, gdy jeszcze miałam nadzieję. W dodatku było to siano o niesprecyzowanym odcieniu brązu. Prawie cała reszta była u mnie za bardzo coś. Piersi miałam za duże, pupę zbyt wystającą, nogi za grube — nie tak bardzo, ale Teresa miała lepsze i do samej ziemi. Mogłam się założyć, że przyjdzie w miniówie, a przy goleniu nie zatnie się nawet na kostce. Wzrost miałam z kolei za mało coś. Byłam zazdrosna o swoją przyjaciółkę. A szło o faceta, którego znalazłam poprzedniego dnia, który nie wiadomo kim jest, skąd jest i nie wiadomo, kiedy i gdzie zniknie. Zanim przyjechała, zdążyłam się zaciąć na obu kostkach i pod jedną pachą — przywitałam ją w długich spodniach i w swetrze. Jej można było palcami jednej ręki sięgnąć od dolnej krawędzi spódniczki po dekolt. Każde ramiączko było splecione z trzech nitek, nie więcej.

— Kapitan Artur Gustafson, jak mniemam? — Że też jej te przydługie rzęsy nigdy od machania nie odpadły. — Teresa.

— Bardzo mi miło panią poznać. — Nie, kapitanie, nie ma obowiązku każdej baby po rękach całować. — Anna mi dużo o pani opowiadała. — Taa... jasne. Ojciec opowiadał, nie ja.

— Zapraszam was oboje do salonu. Tata się wami zajmie, a ja idę naszykować obiad. — Tyle było w kwestii powitania i jak zapowiedziałam, tak zniknęłam w kuchni.

Na obiad podałam krem z dyni — dobrze mieć parę weków w spiżarce — z grzankami z pszennego chleba, pieczeń ze schabu nadziewaną śliwkami, w sosie własnym, do tego pure ziemniaczane z pietruszką i ogórki kiszone przez ojca w zeszłe lato. Obok herbata i drogie, ale takie pyszne porto sprzedawane na przystani. Na deser brzoskwinie w kremie waniliowym. Naprawdę starałam się, żeby Ci smakowało, moje Kochanie, kapitanie Gustafsonie.

— Proszę sobie wyobrazić, kapitanie — Teresa nie przywiązywała wielkiej wagi do tego, co ma na talerzu, byle było tego mało — jakie było moje zdziwienie, gdy poszłam odebrać zamówione perfumy (bardzo interesujący zapach, prawda?) — no, nie musiałeś wąchać, Kochanie, zabiły nie tylko aromat pieczeni, ale i zapewne większą część populacji pająków na strychu — a tu się okazuje, że przesyłka dotarła, ale zawierała nie te perfumy, na których mi zależało.

— To się zdarza, pani Tereso.

— Po prostu: Tereso, proszę.

Ojciec skończył deser. Zapewnił, że pyszniejszego obiadu nie jadł od nie pamięta, kiedy i — przybrawszy na twarz uśmiech tyle ironiczny co smutny — wyraził żal, że tak rzadko wpada do nas jakiś kapitan. Potem przeprosił nas i wyszedł do ogrodu zapalić fajkę. Ty, Kochanie, również skończyłeś jeść, choć nie odmówiłeś dokładki na żadnym etapie, i wiedziałam, że Ci smakowało. Teresa ciężko powiedzieć, żeby skończyła jeść, bo jeszcze ciężej powiedzieć, żeby w ogóle zaczynała. Zresztą podobnie jak ja, która przez większą część obiadu zastanawiałam się, czy masz serce bliżej żołądka czy oczu.

— W pewnych przypadkach zdarzać się nie powinno, Arturze. Mogę mówić do pana Arturze? — Skinąłeś głową z przyzwoleniem, a mnie poprosiłeś o dolewkę wina. — Nie powinno się zdarzać, jeśli prowadzi się drogerię i tym samym przyjmuje się odpowiedzialność za dobre kontakty z klientelą, która, umówmy się, w tym przypadku do najmniej zamożnej nie należy. A perfumy, które zamówiłam, proszę mi wierzyć, trudno pomylić z innymi. To wyjątkowa marka i, cóż tu kryć, kosztująca niemało. Tylko dlatego zgodziłam się wpłacić zaliczkę przed ich zamówieniem. Oczywiście te, które właścicielka zamówiła omyłkowo, również sporo ją musiały kosztować i długo będzie się z nimi bujać, zanim zdoła je na naszej wyspie sprzedać.

— Nie kupiła ich... nie kupiłaś ich, Tereso?

— Oczywiście, że nie. Jestem dojrzałą kobietą, wiem, czego chcę, wiem ile jest to warte. Czego, przyznasz sam, Arturze, o właścicielce nieszczęsnej drogerii powiedzieć się nie da.

Piłeś wino małymi łykami i uważnie mojej przyjaciółki słuchałeś. Zbyt uważnie, tym bardziej że...

— Właścicielka, o której mówisz, pani McCornick, to dobra, uczciwa kobieta — wtrąciłam.

— Na pewno głupia, Aniu, a za głupotę niestety trzeba płacić. Tak ten świat jest już skonstruowany. Zresztą z tą dobrocią i uczciwością też bym nie przesadzała. Jak wspomniałam, tych perfum nie da się pomylić. No, da się, Arturze? Sam powiedz.

Uśmiechnąłeś się, ale to nie był ten uśmiech, który dałeś mi poznać tamtego ranka. Ten był grzeczny — nic ponad to.

— No nie da się. Jestem o tym głęboko przekonana, że ta niby omyłka nie była żadnym przypadkiem. Zapewne z jakiegoś powodu tych moich perfum nie była w stanie zamówić, więc pomyślała, że albo się nie znam na tym, co zamawiam, albo przynajmniej będzie mi wszystko jedno, albo coś tam, ale że i tak je kupię. Szybsza transakcja, szybszy zysk, proste. Nic mnie tak nie irytuje, jak ludzka nieuczciwość. No i głupota.

— A tamte perfumy, których nie kupiłaś, to tak całkiem złe były? — Nie spuszczałeś wzroku z Teresy, ale przynajmniej patrzyłeś jej w oczy, nie w dekolt.

— Nie, no skąd. Też świetne. Czasem ich używam, ale na Boga, nie o tej porze roku. To są perfumy na zimę, a my, halo! mamy już wiosnę. Zrobiłam jedyne, co mogłam zrobić w takiej sytuacji: zażądałam zwrotu zaliczki, a swoje perfumy zamówiłam w konkurencyjnej drogerii i, wyobraź sobie, dotarły bez szwanku i bez najmniejszej zwłoki.

— Nie mogłaś ich zamówić jeszcze raz u pani McCornick? — Jak ja się cieszyłam, że zadałeś to pytanie. Cieszyłam się nawet, że zapamiętałeś nazwisko.

— Oczywiście, że nie, Arturze. Za głupotę trzeba płacić, a za nieuczciwość ponosić konsekwencje. Zresztą i tak nie byłoby tej właścicielki stać na jeszcze jedno takie zamówienie. O tym jestem przekonana. Smutne, prawda?

Skinąłeś głową, dopiłeś porto i uśmiechnąłeś się nieznacznie. Robiło się późno.

Teresa zabawiła u nas do późnego popołudnia. Pożegnała się z Tobą tak wylewnie, na ile tylko etykieta pozwalała — pocałowała Cię w policzek jak najbliżej ucha, musnęła Cię przy tym w ramię swoją piersią. Mnie rzuciła „cześć”, ojcu „do widzenia”, Tobie jeszcze jeden błysk obnażonego szkliwa i nieśpiesznie odjechała swoją dwukółką. Kosztującą niemało, cóż tu kryć.

Zachód słońca zastał nas w ogrodowej altanie przy szklankach kompotu z jabłek oraz przy akompaniamencie szczęknięć sekatora, którym ojciec przycinał żywopłot.

— Piękna kobieta z Teresy, prawda, panie kapitanie?

— Mów mi Artur.

— Przecież nie masz na imię Artur.

— Ale mów mi Artur, dobrze?

— Dobrze. Anna.

Podaliśmy sobie ręce i położyliśmy je z powrotem na stoliku, naprawdę blisko siebie. Miałam nadzieję, że w czerwonym świetle zachodzącego słońca moje włosy wyglądają ciut korzystniej niż zwykle. Myślałam również o tym, że teraz, gdy Teresy już nie ma, można by Cię przebrać w nieco bardziej eleganckie ciuchy, niż te dziwne płócienne spodnie i identyczna granatowa kurtka. Sporo ubrań zostało po moim zmarłym bracie — były dla mnie świętością, ale na Tobie powinny dobrze leżeć.

— Jesteś bardzo inteligentna, Anno. Niestety o Teresie nie można tego powiedzieć. Przepraszam Cię za szczerość, wiem, że to Twoja przyjaciółka.

Nie musiałeś mnie za to, Kochanie, przepraszać. Tak naprawdę to ja byłam gotowa za tę uwagę rzucić Ci się na szyję. Ale nie wtedy, jeszcze nie wtedy.

— Jest jaka jest, ale to moja przyjaciółka. Znamy się od dziecka. Nie jest złym człowiekiem.

— Ludzie głupi przeważnie są źli, bo nie zdają sobie sprawy z krzywd, które wyrządzają innym. — Powiedziałeś to, Kochanie, z takim przekonaniem...

— Mądrzy też bywają źli.

— O, tak. Wtedy jest to znacznie bardziej niebezpieczne.

— Ale wiesz, jak to się mówi... Najsprawiedliwiej Bogowie rozdzielili rozum, nikt się nie uskarża na jego brak.

Zaśmiałeś się. Najwyraźniej tego powiedzenia nie znałeś.

« Rozdział 5. Anna «

» Rozdział 7. Samael i Uriel »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori