∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 5. Anna

« Rozdział 4. Hochberg «

» Rozdział 6. Teresa »

Kochałam Cię, najmilszy, bardziej niż kogokolwiek, niż cokolwiek kiedykolwiek. Gdybyś tylko potrafił zatrzymać się na chwilę w swoim pędzie, w pędzie zawsze ku temu, co było dalekie i nieosiągalne, pewnie zauważyłbyś, że nigdy nie powiedziałam Ci, że przestałam Cię kochać. Nie powiedziałam Ci tego, bo kocham Cię nadal. Tak bardzo chciałam, żebyśmy byli razem. Tak po prostu i tak na dłużej — ale między nami nigdy nic nie było dane ani po prostu, ani na dłużej.

Tyle lat, tyle długich lat mijaliśmy się. Tyle straciliśmy czasu i tyle straciliśmy siebie nawzajem. Wiem o Tobie wszystko — zawsze będę pamiętać wszystkie te chwile, w których byliśmy razem. Widzę wszystkie te miejsca, w których byłeś i wszystkie te rzeczy, które zrobiłeś — zarówno te, o których mi opowiadałeś, jak i te, które starałeś się przede mną zataić. Myślę, że również te, o których Ty sam zapomniałeś. I nic nie może zmienić tego, jak bardzo Cię kocham. Długo, bardzo długo starałam się od Ciebie uciec, zachować samą siebie, i zawsze się poddawałam. Nie wiem, Kochanie moje, czy mnie słyszysz, ale nadzieja to jedyne, co mam. Mam nadzieję, że mnie usłyszysz i przytulisz. Tak po prostu i tak na długo. Nic innego w moim życiu nie pozostało prócz Ciebie.

Przybyłeś na wiosnę. Równo w tydzień po moich urodzinach. Jechałam przez las do przyjaciółki. Gospodarstwo mojego ojca leżało o trzy godziny marszu od miasta — bryczką mojej matki, zaprzężoną w dwa konie, byłam w stanie objechać tam i z powrotem jeszcze przed zmierzchem. Nie wydawało się, żebyśmy mogły nie zdążyć pójść do teatru, jak to sobie planowałyśmy od paru dni. Och, w jakże znacznej mierze życie składa się z wydarzeń, które się nam nie wydają...

Na zakręcie przy krzywej brzozie moje konie spłoszył dziwny dźwięk, podobny do echa odległego wybuchu, ale inny. Mało nie wywróciły bryczki. Nie byłam silną dziewczyną i opanowanie zwierząt bardzo mnie zmęczyło. Gdy mi się to udało, byłam cała spocona. Wiedziałam, że w takim stanie do teatru już nie pójdę. Byłam zła i rozżalona, a powód, dla którego moje konie tak się zlękły, był nieważny. Zaczęłam zawracać bryczkę w drogę powrotną do domu, gdy moją uwagę zwróciła zanikająca poświata, bijąca spomiędzy drzew. Stamtąd właśnie, skąd dobiegł feralny huk.

Zsiadłam z bryczki i przywiązałam lejce do krzywej brzozy. Starając się nie zrobić krzywdy pięknej wieczorowej sukni po matce, którą zakładałam tylko na specjalne okazje, weszłam w las. Tam, skąd biła poświata, znajdowała się niewielka polana. Na niej zobaczyłam najpierw pęknięte na pół drzewo, parujące wciąż gotującymi się w nim sokami, jakby przed chwilą uderzył w nie piorun. Tylko skąd piorun w słoneczny dzień... Dopiero po chwili dojrzałam w wysokiej trawie leżącego nieopodal mężczyznę, odzianego w proste ubranie, uszyte jakby z płótna żaglowego, tyle że granatowe. Podeszłam bliżej i sprawdziłam, że mężczyzna jest nieprzytomny, ale żyje. To byłeś Ty, moje Kochanie. I nie wyglądałeś na miejscowego — miałeś pociągłą twarz o szlachetnych rysach, krótko przystrzyżone, krucze włosy oraz niezniszczone pracą dłonie.

Delikatny wiatr czesał drzewa nad nami, pomiędzy rozhuśtanymi gałęziami przebłyskiwało słońce, wciąż jeszcze wiszące wysoko na niebie. To stąd to stamtąd dochodziło ćwierkanie ptaków. A ja stałam w wieczorowej sukni pośrodku lasu, nad nieprzytomnym mężczyzną, którego nie mogłam tak zostawić.

Wróciłam do bryczki, zdjęłam z siebie suknię matki, złożyłam ją i położyłam na siedzeniu. Zdjęłam buty, odpięłam pończochy od paska, rozpięłam również jego samego i wszystko położyłam na sukni. Tylko w butach, które ubrałam boso, w majtkach i w za małym staniku poszłam z powrotem na polanę. Po Ciebie. Modliłam się przy tym do Bogów w Dobrym Niebie oraz do swojej matki, żebyś nie zechciał się teraz obudzić. Wzięłam Cię pod ramiona i, lawirując tyłem pomiędzy drzewami, zaciągnęłam Cię na drogę. Konie odwracały łby i prychały niezadowolone, gdy ja, pocąc się i stękając, wypychałam i wyciągałam Twoje bezwładne ciało na podłogę bryczki. Wynieść Cię na wyściełane siedzenie nie miałam już siły.

Ojciec oliwił zawiasy drzwi wejściowych do naszego domu, gdy zatrzymałam konie na podjeździe. Jego spojrzenie przypomniało mi, że zapomniałam się z powrotem ubrać. Wiedziałam, że już się czerwienię, a on podszedł do bryczki i zaczął się przyglądać Twojemu nieprzytomnemu ciału.

— Wracasz, córuniu, z polowania? — Odkąd pamiętam, ojciec hołdował zasadzie, że lepiej powiedzieć coś niewyobrażalnie zabawnego, niż nie powiedzieć nic.

— Tato, proszę cię... I proszę cię, żebyś mi pomógł go zanieść do środka.

W kilku słowach wyjaśniłam ojcu sytuację i zanieśliśmy Cię do mojego pokoju oraz położyliśmy na moim łóżku. Zdjęłam Ci tylko buty i sprawdziłam, że oddychasz miarowo, po czym poszłam do łazienki umyć się i ubrać. Ojciec obejrzał Cię dokładniej, żeby się upewnić, że nie jesteś ranny i że nie umrzesz.

— Wydaje się, że nic mu nie jest — krzyknął do mnie przez drzwi. — Musiał paść pod twoim urokiem, córuniu.

— Tato, przestań. Opowiedziałam ci, jak było.

— Dlaczego mam przestać? Przecież to zabawne. Z drugiej strony, może to być jakiś morderca, złodziej, gwałciciel zbiegły z więzienia albo co gorsza...

Przerwałam ojcu dobrze zaczynający się monolog, wychodząc z łazienki i kończąc wiązać na mokrych włosach turban ukręcony z ręcznika. Zresztą wiedziałam, że dla niego „co gorsza” to może być tylko dziennikarz. Zdobywanie informacji o jednych ludziach po to, by przekazać je drugim, uważał za najbardziej niehonorowe zajęcie, jakie człowiek wymyślił.

— Albo co gorsza dziennikarz.

Ojciec udał się do kuchni, wydobył z kredensu dubeltówkę i sprawdził, czy jest załadowana. Nie miałam do niego o to pretensji; szczerze się cieszyłam, że mam tatę, który na widok obcego, nieprzytomnego mężczyzny, nie każe go związać, zamknąć w piwnicy i nie dzwoni na komisariat. Tak zrobiłby każdy w naszej okolicy i to nie dlatego, że była ona niebezpieczna, ale dlatego, że ludzie po prostu mało komu ufali.

Wtedy przypomniałam sobie o swojej przyjaciółce, Teresie, która pewnie czekała na mnie przed teatrem, nieświadoma, że nasze plany na wieczór są już nieaktualne. Podeszłam do telefonu, który mieliśmy od zeszłego lata, a który ojciec kazał zamontować na najgrubszej ścianie w kuchni, żeby jak najmniej było go słychać w reszcie domu. Panią na centrali poprosiłam o połączenie z teatrem, pana na portierni poprosiłam o odnalezienie Teresy — szczupła, wysoka, na pewno w kapeluszu z wielkim rondem — i o przekazanie jej wiadomości ode mnie. Resztę wieczoru spędziłam robiąc kolację dla mnie i dla ojca, jedząc ją, a potem siedząc przy łóżku i przyglądając się Tobie.

— Córuniu, chciałbym, żebyś spała dziś w moim pokoju na sofie — polecił mi ojciec udając się do siebie na spoczynek. Dubeltówkę trzymał w ręce. — Do rana powinien się obudzić, a wtedy dowiemy się, kto zacz. Albo nie.

— Dobrze, tato, zaraz przyjdę.

Byłeś inny od mężczyzn, których znałam. Wyższy, bardziej przystojny, wydawałeś się sprawniejszy, a spod Twojej bezwładności biła dziwna siła. Od samego początku bardzo mi się podobałeś, Kochanie. Ale patrząc na Ciebie czułam, jakbym spoglądała przez półprzeźroczystą skorupkę jaja na dojrzewającą w jej środku wywernę. Gdy miałam piętnaście lat, w zagajniku za ogrodem wywerny uwiły sobie gniazdo. Ojciec bał się je niepokoić i razem z moim bratem uznali, że lepiej będzie pozwolić małym się wykluć, a potem poczekać, aż cała rodzina odleci na swoją wyspę. Ale sam moment ich narodzin kosztował nas trzydzieści stóp spalonego płotu i cztery złamane drzewa. Młode wywerny nie potrafią jeszcze panować nad siłą, którą ich natura obdarzyła.

« Rozdział 4. Hochberg «

» Rozdział 6. Teresa »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori