∆ Bruno Grigori

Zły człowiek

Rozdział 4. Hochberg

« Rozdział 3. F-16 «

» Rozdział 5. Anna »

Któż zdoła choćby myślą przeniknąć ten bezmiar wszechświatów, rozbłyskujących radością narodzin, by zaraz na powrót pogrążyć się bezsilnie w oceanie niebytu? Któż posiadł wzrok na tyle bystry, by wejrzeć w głąb jednego z nich tylko i tam uwagę na jednej planecie zatrzymać dość długo, by jej tylko ogrom cierpienia ogarnąć? Jakiż umysł genialny wzniesie się choćby ponad swą dziedzinę i dostrzeże część drobną tych światów zamieszkanych, z których jeden o drugiego istnieniu nic nie wie? Kiedyż jaka świadomość, mało boska! wytyczy nowe granice życiu? Kto, kiedy i... po cóż?

Świat, w którym znajduje swój początek ta opowieść, zdawał się nawet jego mieszkańcom być małym — prawdopodobnie, gdyby istnieć mogło zestawienie wszystkich światów, byłby wśród nich jednym z najmniejszych. Był może niewielki, a i w większości przesłonięty odwiecznym Morzem Mgieł, lecz bardzo stary. Sam potężny i nieomylny Porządek Wszechrzeczy musiał przeoczyć jego istnienie, bo tylko to tłumaczyło sędziwy wiek Świata, pomimo którego nic nie wskazywało na rychły jego koniec. Być może miało to coś wspólnego z, rozpalającą wyobraźnię istot zamieszkujących Świat, legendą o Wielkim Potępieniu Starożytnych, a być może była to jedynie igraszka Przypadku. Lecz chociaż Świat był już sędziwy i chociaż Starożytni dołożyli sporych starań, by go unicestwić, odzyskał swój pierwotny urok i powab; zdołał się odrodzić w pełni swej młodzieńczej urody. Po dokonaniach Starożytnych zaś niewiele świadectw pozostało, a i te skryło na wieki Morze Mgieł.

Oglądany z daleka, jego urzekająco piękny, błękitny, skrzący się srebrzyście dywan mgły stanowił dla istot, zasiedlających wyłaniające się zeń wyspy, nieustająco żywe źródło zachwytów, radości i dumy. Morze Mgieł rozświetlone za dnia blaskiem Słońca grało feerią barw i każdego poranka od nowa przepełniało wszystkie istoty niezłomnym przekonaniem, iż żyją na najpiękniejszym ze światów. Nocą, targane wiatrem i pobłyskujące w bladym świetle Księżyca, bałwany mgły były natchnieniem poetów. Lecz z bliska Morze Mgieł traciło swój pozór świeżości, a jego niepowtarzalny czar pryskał w nie mającym sobie równych fetorze. Gdzie wzrok zatrzymywał się na świetlistych morskich falach, tam cuchnąca, śmiertelnie trująca mgła odbierała oddech i zabijała wszelkie życie. Świadome tego istoty, żyjące szczęśliwie na swych rajskich wyspach, spoglądały na rozpościerające się u ich stóp Morze Mgieł z zachwytem i z bojaźnią. W stronę górującego nad nimi Dobrego Nieba wznosiły zaś do swych Bogów zgodnym chórem modły o to, by Morze Mgieł pozostało na zawsze piękne i pozostało na zawsze daleko.

Tekst znaleziony w kaplicy w Hochbergu, podpisany: A.G.–S., wiosna roku 666

« Rozdział 3. F-16 «

» Rozdział 5. Anna »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori