∆ Bruno Grigori

Opowiadania

Pandemonium (1/3)

» Pandemonium (2/3) »

Igor usiadł przy biurku, pochylił się nad pergaminem i westchnął. Wzdychanie dobrze robiło mu na myślenie. Po chwili zaczął chrobotać po pustej karcie gęsim piórem, unurzanym w inkauście tylko trochę mniej niż on sam.

Tam, gdzie ziemski płaszcz przestaje strzępiwiewać w strugach lawawiatrów. Gdzie najgłębsze ludzkie odwierty boją się zerknąć z ukrycia, a puszczane przez sejsmologów fale twardo udają, że dalej nic nie ma... Tam jest coś. Jest przepieczara po dziewięciokroć opasująca ziemski masipadół — ten łez i rozpaczy, ale też ten seksu i przemocy. Opasująca go przyleścisle; czule, wręcz sadystycznie smakująca jego słone łzy oraz wszelkie inne płyny wokół i wewnątrzustrojowe, w różnych smakach. I tam, wzdłuprzek przepieczary, od precyzyjnych miliardów lat, lub coś koło tego, swe stęchliwody leniwie toczy Styks. Dla przyjaciół: Stenio DSG. Udawajmy więc jego przyjaciół — tak będzie bezpieczniej, bardziej sucho i mniej stęchlisząco.

Stenio DSG znalazł tylko jeden cel swojego bytolenia, jakkolwiek długo by się już nie bytolenił. Celem tym jest oddzielać. Oddziela zatem z całą okrutnością i nutą asertywności brzeg jeden od brzegu drugiego, wzniosłe idee i lęki od przyfajczonej, mocno poobtłukiwanej i niejednym zębem czasoprzestrzeni napoczętej rzeczywsobiesamej. Czasem oddziela żywych od umarłych, ale ponieważ Stenio DSG nie dostrzega pomiędzy nimi znaczącej różnicy, nie może być tego pewien. Zresztą Stenio DSG tylko myśli, że myśli i nie widzi, że nie widzi, więc naprawdę to nie ma znaczenia, co myśli, że widzi, że oddziela. Wiele czasu dlań marnować ani liter poświęcać mu nie będziemy, bo stęchliszący jest na wskroś — przyjaciół będziemy tylko udawać. Ważna jest łódź.

Łódź porusza się wzdłuprzek Stenia DSG raz po raz a jak czasem to w ogóle. Steruje nią okazyjnie C.H. Aron. Stary, siwy, długobrody, małomówny, dość się rozstępujący. Skwaszony w zasadzie i raczej nie odwracający swojego stetryczałego wzroku od czegoś ekranikowatego, dłoniakuratnego i robiącego: „pippip”, a niekiedy: „gejmołwer”. Kiedyś, a było to dawno temu, nazywał się trochę inaczej, ale odkąd ktosindraliński przyuważył, że staruszek nie brzydzi się pieniądza w żadnej postaci, a w zamian niczego wartościowego nie daje, zmienił mu imię na lepiej według niego pasujące. Ktosindraliński skrzyście się zaryśmiechikiwał, nowe imię przyjęło się i zostało. Coś dłoniakuratne zrobiło podówczas: „leweltu”.

W dostrzegalnym względem Stenia DSG przeciwieństwie C.H. Aron przyjaciół miał nieudawanych. W liczbie: dwa — jak dobrze porachować. Jeden z nich to pies był olbrzymi i dawniej paro głowy, okazyjnie ogniem zionący, czasem liżący po twarzach swoimi fujozorami; a mało która twarz zdolna była kares taki zdzierżyć, nie rozpuściwszy się ani nie odpadłszy. Niegdyś trójgłowa, przerażająca, żądna krwi, uprzednio swym widokiem zmrożonej, poczwara pomargrzybiała i westchliwa się stała. Głowy jej dwie ze starości odpadły, trzecia ledwie się trzyma, a i to dzięki wiklinowemu tulikoszu na przystani, którego psina opuszczać nie raczy i być może już nie umie. Strach jej to sprawdzać, bo odwaga już nie ta, co kiedyś. I tylko groźny napis na tulikoszu: „portu pilnuje Fajerłol” smutno przypomina, jak psina na imię ma i po co ją tu kto kiedy położył.

Kilkadziesiąt próchnidesek przystani, łódź C.H. Arona i tulikosz Fajerłola to ostatnie znaki wszystkiego tego, co było. Bo dalej jest prawdziwe Piekło, a przynajmniej jeden z jego wydziałów. Wejść do niego i wyjść z niego jest bardzo dużo lub coś koło tego. Niemniej szefa ukochanego najulubieńsze, najbardziej odpicowane i zauważalnie reprezentacyjne, to wiodące doń strzeliste wrota dwuskrzydłe, osadzone w litej skale wznoszącej się ponad przystanią. To tędy przeważnie, ale nie za często, bo reguły w Piekle depcze się z całą stanowczością i poczuciem humoru, przybywają zedrąchane, zaśląkane ludzkie dusze. Bywa, że spory kawał czasu spędza na próchnideskach taka zaśląkana dusza, wzrokiem obłąkanym śledząc brałnaruchy ostatniego fujozora psiny, nim kto ją do środka wpuści. Grube na dwie stopy, dębowe dechy podwojów uchylić jest bowiem w stanie li tylko drugi z przyjaciół C.H. Arona. A temu może się przecież nie chcieć na ciężkie dechy naprzeć, jak czasem.

Mówią mu: Niemały Książę. Na pierwszy rzut oka widać, czemu: Niemały. Osiem stóp wzrostu przekazuje delikatną aluzję i sugeruje dalsze niedrążenie tematu. Dlaczego zaś: Książę — o to już trudniej, a zapytać podobnie nie wypada lub strach. Chłop jak dąb, w którego obecności nawet dechy podwojów piskleszczą nieśmiało, znalazł upodobanie w prostym wieśrykańskim ubiorze, lecz niebanalnej blond dechfryzurze. Dobrze również wie, że do twarzy mu z cygarem i gromowładnymi tekstami wypuszczanymi nonszalancko oraz basem, co też robi. C.H. Aron wtedy się zaryśmiechikuje i mówi: „oj tam, oj tam”. Fajerłol raczej się nie rusza, bo zedrąchany zwykle, żeby mu trzecia i ostatnia głowa znienacka nie odpadła.

Piękna jest grota wydziału, gdy już Niemały Książę zechce podwoje uchylić. Piękne są jej skalne ściany, bo czarne i lśniące, fantazyjnie zębem czasu urzeźbione, a gdzieś tam pod nimi czerwone płomyki pełgają i skrzą się wesoło. Okazyjnie coś pięknego na ścianach wisi, co ktoś dla wzmożenia piękna powiesił. Piękna czasem połać udrapowanego aksamitu, piękny gdzie indziej malarski majstersztyk, piękne na nich pajęczyny. Pięknie zaprasza czeluść piekielna, do której wlot zdradliwy pośrodku groty się czai. Piękne masywne dębowe biurko szefa, którego Niemały Książę sam jeden nie przesunie, wygodny wielorogaty fotel szefa ukochanego też rzutu oka wart; ale najpiękniejszy wrzęcioł smolny na trójnogu, w którym mąk nawiecznych Ludzka Dusza zażywa. Sami ją kiedyś przyłapaliśmy za grzechy, przytachali i do wrzęcioła wrzuciwszy, sobie ją oglądamy. Bo piękna i ta Ludzka Dusza niemożebnie. Goła, smukła i wesoła, szczuplinóżki z wrzęcioła wystawia, nagie sutki pokazuje i chicha się szczebiskrząco. A uśmiech ma taki biało-czerwony, że najlepszy to wydział piekielny jaki być może. Przytulisko takie piękne i urokliwe, że nawet jakbyśmy nieśmiertelni nie byli, i tak wiecznie bytolenić by się nam chciało. I ani zawsze płonący kominek za biurkiem szefa ukochanego, ani Jego przystający garaż na ferrari i inne formy uznapówek zrównoważyć się z kółeczkami i trójkącikami Ludzkiej Duszy nie śmią.

Raport ten napisałem ja, Igor, wielce oddany prosługa Diabła Dyrektora, z którym bliska zażyłość i grunt profesjonalny pozwalają mi tytułować Go z wielkim szacunkiem szefem ukochanym.

Igor skończył pisać, zmierzył pergamin wzrokiem, w którym baraszkowały iskierki zadowolenia i uznania wobec własnej pracy. Następnie westchnął sobie raz jeszcze i podniósł głowę. Diabeł Dyrektor stał nad nim, a przed momentem na pewno go tam nie było. Wypolerowane na wysoki połysk, krwistoczerwone rogi, wystrzeliwujące z jego kędzierzawej, rudej czupryny, uległy przekrzywieniu, co dobitnie wskazywało na to, że czemuś był nierad. Może i do rękoczynu lub przypalenia ogniem piekielnym by doszło, gdyby Igor przezornie nie zwolnił przynależnego szefowi miejsca, w dwóch skokach chowając się za trójnogiem kotła. Diabeł Dyrektor powiódł wzrokiem za swoim podskakującym, wychudzonym sługą, niezbyt dokładnie owiniętym w nazbyt luźną, zielonkawą skórę. A była w tym spojrzeniu i wykwintna dezaprobata, i trywialne obrzydzenie. Odgarnął poły karmazynowego płaszcza, usiadł w swoim rogatym fotelu i przeczytał kartkę pokrytą nierównym, ale pełnym zawijasów pismem.

— Igor... konkretnie, który element twojego dzieła, narzucił ci skojarzenia z raportem? — Głos był cichy, ale tak niski, że zdawał się rozbrzmiewać bardziej w mózgu adresata, niż w jego uszach.

Zapytany wychylił się zza swojej kryjówki z wystawioną przed siebie dłonią zwiniętą w coś na kształt strzałki. Podszedł do biurka uważnie omijając wlot do czeluści piekielnej umiejscowiony pośrodku posadzki. Być może chciał powiedzieć: „o tenciotu, wrzeczysobiesamej”, ale wsparty o podwoje Niemały Książę był szybszy. Nieodłączne cygaro przesunęło się w kąt jego ust, dając im pole do popisu.

— Lepiej nie podchodź, jeśli chcesz spędzić resztę pozostałej ci wieczności w jednym kawałku — ostrzegł basem porównywalnym z tym, co potrafił wydobyć z siebie Diabeł Dyrektor. — To jest poważna sprawa, a ty znowu wszystko spierdoliłeś, jak się okazuje.

Z głębi kotła ustawionego na wysokości dwóch metrów dobiegło wesołe parsknięcie, a w ślad za nim wyjrzała umorusana w ciepłej, mocno rozrzedzonej smole, śliczna buzia Ludzkiej Duszy. Dziewczyna zgarnęła za ucho swoje długie blond włosy, do połowy długości podobnież ubabrane, i wyjęła z uszu słuchawki.

— Przykro mi, chłopaki, ale beztroska wieczność dobiega końca, co nie?

— Buźka w ciup, mała. Ciebie pierwszą z całą tą kąpielą z wydziału wylejemy — odszczeknął Diabeł Dyrektor. Udając, że nie dostrzega wystawionego przez nią języka, podjął temat. — Nasze niedawne odkrycie dotyczące faktu, że ja też mam swojego przełożonego, jest dla nas wszystkich niemałym szokiem. Zdaję sobie z tego sprawę. Przyznaję, że przez ostatnie kilka tysięcy lat, sam zdążyłem o tym zapomnieć. — Diabeł Dyrektor zajrzał do szuflady biurka i wyciągnął z niej list, na którego powierzchni płonęły równe rzędy liter. Skinął na Igora, żeby się przybliżył i podał mu kartkę. — Masz, czytaj na głos, tylko się nie poparz. To przyszło dzisiaj.

Igor tak bardzo starał się nie poparzyć ognistym pismem, że podpalił sobie oba rękawy swojej złachanej koszuli, tylko trochę luźniejszej od jego własnej skóry. Częściowo płonący, całkowicie przerażony zaczął skakać na jednej nodze, upuścił list i rzucił się w stronę podwojów. Niemały Książę uchylił litościwie jedno skrzydło. Igor wybiegł na przystań, a po chwili z zewnątrz dobiegł głośny plusk Stenia DSG, zduszone przekleństwo C.H. Arona i znudzone sapnięcie Fajerłola. Musieli już kiedyś podobny rozwój wydarzeń zaobserwować.

— Szef może mu już nie daje nic do czytania. Najśmieszniejszy dowcip potrafi się znudzić. — Niemały Książę podszedł do porzuconego na skalnej posadzce listu i podał go Ludzkiej Duszy. — Ty czytaj, bejbe.

Dziewczyna złapała kartkę w dwa palce i bezceremonialnie zanurzyła ją w kotle. Rozległ się cichy syk ognia umierającego w topieli.

— Bando narcystycznych nierobów — roziskrzył się po grocie jej głos.

— Tak napisał? — zainteresował się Diabeł Dyrektor.

— Sprawdzałam, czy mam waszą uwagę. Nie ma tu żadnego powitania. Jest za to: w nawiązaniu do pisma przesłanego trzy dni temu, które kontynuowało temat upomnienia sprzed tygodnia, będącego efektem braku reakcji na notę sprzed dwóch tygodni, której zadaniem było wyegzekwowanie raportu zleconego przed miesiącem, przekazuję, co następuje.

W uchylonych wrotach pojawiła się przygarbiona sylwetka C.H. Arona wnoszącego do groty przemoczonego Igora. Najwyraźniej nikły ciężar nieszczęśliwego sługi nie sprawiał starcowi problemów. Upuszczony zaraz za wejściem Igor spadł z plaskiem na posadzkę.

— Ryby mi płoszy — C.H. Aron zmierzył wzrokiem trzęsący się u jego stóp mokry strzęp zielonej skóry, poobwijany w mokre strzępy płócien, i przeniósł spojrzenie na Ludzką Duszę. — Wnoszę z powyższego, że szef wszystkich szefów znów nieśmiało stara się przypomnieć o swoim istnieniu. Mogę posłuchać?

Diabeł Dyrektor wykonał nieprecyzowany ruch ręką, który wyrażał coś pomiędzy „nie ma sprawy” a „mam to gdzieś”. Dziewczyna wróciła do czytania.

— Punkt pierwszy: nie interesuje mnie już raport z pracy waszego wydziału za minione pięć tysięcy lat, możecie go sobie wetknąć w wasze wygniecione siedzeniem dupy.

— Przestań koloryzować, bejbe — upomniał ją Niemały Książę — bo wyłączę ci ogrzewanie pod kociołkiem.

— Tym razem akurat tak tu pisze. — Ludzka Dusza machnęła usmolonym listem na dowód swoich słów.

— Jest napisane... — westchnął C.H. Aron.

— Punkt drugi... o, to o mnie! Ponieważ nie uważam, żeby jedna ludzka dusza złapana po kilku tysiącach lat usiłowań, a torturowana przez kolejny tysiąc, mogła stanowić wystarczające uzasadnienie dla istnienia całego wydziału, oczekuję, że w nieprzekraczalnym terminie dwóch dni przedstawiony zostanie mi, osobiście, plan pracy wydziału na pozostałą wieczność.

Diabeł Dyrektor sięgnął po leżącą z boku biurka fajkę i zaczął ją nerwowo czyścić.

— Punkt trzeci: w uzupełnieniu poprzedniego punktu oczekuję, że wasz wydział nie tylko znajdzie sobie godne Piekła zajęcie, lecz również nazwę. — Ludzka Dusza zaśmiała się i przemyła sobie twarz ciepłym roztworem smoły. — Chłopaki, a co powiecie na: wydział do spraw SPA?

— To nie jest żadne SPA! — ryknął Diabeł Dyrektor. — Jesteś w Piekle i cierpisz wiekuiste męki za swe grzeszne życie, w kotle ze smołą! Ogarnij się!

— Tak, tak, wiem... — Dziewczyna sięgnęła ręką do zawieszonego u brzegu kotła koszyczka i dosypała sobie do kąpieli garść kolorowych, pachnących płatków. — I tej wersji, chłopaki, będziemy się trzymać.

— Kto jej znowu dał te kwiatki, do jasnej cholery!?

Skulony przy wejściu nadpalony i przemoczony Igor wydał z siebie cichy pisk i wczołgał się pośpiesznie w najbliższe mu zagłębienie w skale.

— Mam wszcząć śledztwo w tej sprawie? — zapytał Niemały Książę ukazując w uśmiechu dwa rzędy zdrowych zębów. — Znowu?

Diabeł Dyrektor stęknął z rezygnacją i przeszedł do nabijania fajki tytoniem.

— Łatwiej byłoby zabić samego Igora niż rozpalające go, nieszczęśliwe uczucie. Czytaj dalej...

— Punkt czwarty jest krótki: zajęcie, które sobie znajdziecie, ma być Piekłu przydatne. A piąty nieco dłuższy i ostatni: jeśli nieprzekraczalny termin dwóch dni zostanie przekroczony, wysyłam do was Legion UA. Podpisano: JMPP, S. Co to jest Legion UA?

— Nie chcesz wiedzieć, mała — uzupełnił jej wiedzę C.H. Aron.

— Może chcę?

— Nie, nie chcesz, bejbe. — Niemały Książę wyjął z zębów cygaro i przyjrzał mu się uważnie, jakby było pierwszym lub ostatnim, jakie widzi. — Co zrobimy?

Ciężki płaszcz Diabła Dyrektora uniósł się zdradzając początkową fazę wzruszania ramionami.

— Musimy znaleźć jakąś niewykorzystaną przez inne wydziały grzeszną niszę w ludzkiej rzeczywistości. Obszar działania ludzi, w którym wciąż czują się bezkarni. I zacząć ich za to karać.

Płaszcz opadł z powrotem.

— Proste — żachnął się Niemały Książę. — Znaleźć coś, co pozostałym zastępom, ciężko pracujących diabłów umknęło i umyka od zawsze.

— Daruj sobie sarkazm. Ruszycie się na Ziemię... — Diabeł Dyrektor zastanowił się. — Wróć. Pójdę sam, osobiście, oraz Książę i znajdziemy coś nowego w tej odwiecznej rzeczywistości. Rzeczywistość to nie Igor. Ona się zmienia.

— A może... — C.H. Aron wyjął z kieszeni niewielkie urządzenie ze świecącym ekranikiem i słuchawkami na długich drucikach — niekoniecznie w rzeczywistości?

Nabita fajka spoczęła w wydatnych ustach Diabła Dyrektora i bez widocznej pomocy z zewnątrz rozpaliła się. Po grocie rozszedł się słodki zapach aromatyzowanego wanilią tytoniu i zmieszał się z zawieszonymi w powietrzu myślami piekielnych funkcjonariuszy nadal bezimiennego wydziału.

» Pandemonium (2/3) »

Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2014 Bruno Grigori